Ohayo! a może Hogwart!
Witam w kolejnym wpisie na moim blogu. Obecnie mam pewną fazę na Harry'ego Pottera. Głównie dlatego, że próbuję napisać coś, co dotyczy krytyki świata wykreowanego przez Rowling, więc naoglądałem się wielu wideo esejów na temat tegoż świata.
I doszedłem do wniosku, że Rowling raz za razem popełnia karygodne błędy!
I nie chodzi tutaj jedynie o jej transfobię, która w pewnym momencie już ocierała się o kłamstwo oświęcimskie. Bo, tak, osoby transpłciowe również były prześladowane przez nazistów i to jest fakt. Podobnie zresztą były prześladowane osoby pochodzenia słowiańskiego, żydowskiego, romskiego, osoby chore psychicznie i nieheteronormatywne.
Ale dziś nie o tym...
Jak pewnie wiecie, kreuję się na specjalistę od fantastyki, a w szczególności tej, która dzieje się w naszym świecie (fantastyka świata prymarnego/pierwotnego). Napisałem nawet o niej artykuł, w którym opisałem jeden z możliwych modeli, które w niej mogą się pojawiać; ten, o którym Eco nie mówi, czyli społeczeństwie boazeryjnym i rzeczywistości konsensualnej. Czytelnicy mojego bloga mogą znać to jako świat typu drugiego (bo, tak, ta typologia przeszła moim zdaniem próbę czasu, przynajmniej do pewnego stopnia).
Jednym z najbardziej znanych przykładów tego modelu jest oczywiście Harry Potter, jednak tym samym jest mocno krytykowany. Częściowo, krytyka ta wywodzi się ze śmierci persony świętej autorki jaką przez lata była Rowling, jednakże niechęć do autorki to jedynie powód, dla którego wielu te wady zaczęło dostrzegać i o nich głośno mówić. Jeszcze przed 2020 rokiem, gdy autorka nie była jeszcze persona non grata dla fanów jej własnej serii, można było słyszeć słowa krytyki, zaczynając od słynnej sprawy niewolnictwa skrzatów domowych.
Dziś więc porozmawiamy o tym, jakie błędy popełniła JK Rowling tworząc swój Świat Czarodziejów i jak się przed tymi błędami wystrzegać, gdy chce się tworzyć własne dzieła opierające się na społeczeństwie boazeryjnym!
Czym jest boazeria i konsensus?
Zacznijmy jednak od tego, czym jest społeczeństwo boazeryjne i rzeczywistość konsensualna.
To proste! Społeczeństwo boazeryjne to ukryty świat fantastyczny istniejący "za boazerią", tuż obok normalnego świata rządzonego przez zasady dotyczące tego, co uznajemy za normalne (rzeczywistości konsensualnej).
Pojęcia te wziąłem od Johna Cluta'a (Encyclopedia of Fantasy) oraz Stefana Ekmana (a on zaczerpnął pojęcie rzeczywistości konsensualnej od Charlesa De Linta). I choć pojęcia te pochodzą z różnych tekstów i zostały połączone ze sobą chyba dopiero u mnie, są ze sobą nierozerwalnie połączone, gdyż boazeria musi się przed czymś ukrywać, a konsensus coś odrzucać, by pozostać boazerią i konsensusem. Narracje w tym modelu mogą łączyć w sobie trzy formy fantasy opisane przez Farę Mendlesohn:
- fantastyka intruzywna - elementy fantastyczne z boazerii przechodzą chwilowo do sfery konsensusu, gdzie są intruzami burzącymi porządek, przynajmniej dla bohatera
- fantastyka portalowa - bohater z konsensualnej rzeczywistości przechodzi do świata fantastycznego, "za boazerię"
- fantastyka immersyjna - bohater żyje już znając świat za boazerią, a więc traktuje go już jako normalny dla siebie
Inną ciekawostką jest to, że mamy tu do czynienia z, jak to nazwał niefortunnie Andrzej Zgorzelski, antimimesis, czyli sytuacją, gdy empiryczna znajomość świata przez odbiorcę nie jest pełna, gdyż wymaga poprawek ze względu na fakt wykluczanej z normalnego świata fantastyki.
Jednocześnie jednak znajomość naszego świata się mocno przydaje, gdyż wiele elementów społeczności boazeryjnej albo jest elementami znanymi z mitów (dosłownie, tymi samymi) albo nawiązuje do mających miejsce w rzeczywistości wydarzeń. Na przykład dziwna sytuacja Warsa i Sawy z książek Anety Jadowskiej jest powiązana z tym, co działo się w prawdziwej Warszawie w czasie II wojny światowej.
No i dochodzi tutaj także element negocjacji. W tym modelu wszystko ulega negocjowaniu, zaczynając od tego, że bohater musi wynegocjować sam ze sobą możliwość istnienia zjawisk fantastycznych w swoim życiu. Negocjowane jest również to, jak bohater będzie podchodzić do tego wszystkiego (czy moralność z konsensusu przejdzie do boazerii?). Co więcej, autor również poddaje świat negocjacjom, chociażby dla tego, by pozostawić wolność własnej wyobraźni, jednocześnie nie obrażając innych kultur.
No! To by było na tyle!
Czas zająć się błędami popełnianymi przez Rowling!
Błąd #1: Brak większej obecności konsensualnej rzeczywistości
Zacznijmy od czegoś, co nie jest błędem per se, ale jest dość anomalne, jeśli chodzi o tego typu narracje, przynajmniej patrząc na większość znanych mi dzieł fantastyki miejskiej i współczesnej.
Konsensualna rzeczywistość w Harrym Potterze, a więc świat mugolski, jest bardzo rzadko uwidaczniana. Głównie, widzimy ją zaledwie przez kilka pierwszych rozdziałów w każdej książce:
- Kamień filozoficzny - 4 rozdziały (23,5%)
- Komnata Tajemnic - 2 rozdziały (11%)
- Więzień Azkabanu - 2 rozdziały (9%)
- Czara ognia - 2-4 rozdziały (5,4 - 10,8%)
- Zakon Feniksa - 2-3 rozdziały (5,2-7,8%)
- Książę Półkrwi -1-2 rozdziały (3-6%)
O Insygniach śmierci się nie wypowiem, bo to jedyny tom, którego dotąd nie przeczytałem. Niemniej, patrząc na tytuły rozdziałów nie wydaje się zbytnio, żeby bohaterowie mieli do czynienia z normalnym życiem.
Niemniej, problem, o którym tu mówię, to brak wyraźnego mieszania się świata mugolskiego w życie czarodziejów. Najbardziej mugolskimi elementami są czarodzieje pochodzenia mugolskiego, aparat Collina Creeveya i latający Ford Anglia.
Jeśli latający samochód jest niemalże szczytem mugolskości, której doświadczają bohaterowie, raczej mało tu mugolskości.
To aż dziwne, że do Hogwartu nie zostały przemycone inne mugolskie rzeczy niż aparat fotograficzny! Dosłownie, jeśli by tak porównać niektóre elementy Harry'ego Pottera i Dziedzictwa Hogwartu, jedyne różnice wynikałyby chyba tylko z przemian w historii Świata Czarodziejów. Świat wydaje się taki sam w XIX wieku, jak i pod koniec XX wieku, a nawet i w Przeklętym Dziecku, które dzieje się na przełomie lat nastych i dwudziestych XXI wieku!
Dla wielu pewnie to nie jest problemem, ale dla kogoś uwielbiającego te wszystkie przekształcenia, nowe spojrzenia na boazerię pochodzące z konsensusu i to, jak to wszystko się łączy, jest to wielka wada.
Oczywiście, to wszystko można wytłumaczyć znaczeniem magicznego świata dla Harry'ego i jego symboliczną rolą jako ucieczka od nudnego, nieprzyjaznego mu świata mugoli. Z tego powodu właśnie świat czarodziejów jest tak mocno chroniony przed mugolskimi zmianami. Dlatego też już dorosły Harry funkcjonuje, nie jak Nick Burkhardt, Percy Jackson czy Scott McCall, w pełni w świecie czarodziejów. Nie staje przyjaznym czarodziejem z sąsiedztwa lub kimś dbającym o porządek między czarodziejami a mugolami, lecz po prostu jednym z czarodziejów żyjących w czarodziejskim świecie.
Choć z drugiej strony, gdyby nadeszły jakieś zmiany w czarodziejskim świecie i zaczęliby oni bardziej otwierać się na mugolskie wynalazki (takie nowsze od aparatu fotograficznego albo lokomotywy), myślę, że to fajnie podkreśliłoby zmiany, które nadeszły tam po tym, jak Voldemort został pokonany. Bo, czy dobrym dalszym krokiem po odrzuceniu ideologii czystej krwi nie powinno być też docenienie mugoli?
Samych mugoli zresztą w serii nie ma wiele i ich przykłady są raczej negatywne, co zostało "naprawione" w podobnych do HP dziełach jak chociażby Dary Anioła posiadające całkiem podobną fabułę.
Błąd #2: Imiona i nazwiska, które mrożą żenadą!
Przejdźmy teraz do czegoś, co jest zdecydowanym błędem, a mianowicie, imion i nazwisk. W sadze znajdziemy mnóstwo przeróżnych dziwnych imion jak Ksenofiliusz, Severus czy Mundungus, a także nazwiska bywają nietuzinkowe, jak Longbottom (dosłownie "długi tyłek"), Slughorn ("róg ślimaka") czy Gaunt ("wychudzony").
Są jednak takie imiona i nazwiska, które graniczą z rasistowską parodią albo wprost nią są.
Przykład - Cho Chang, imię chyba jedynej azjatyckiej (pomijając postaci hinduskie) postaci w serii. Chińskie (i koreańskie także) imiona i nazwiska są bardzo rozpoznawalne, bo w miarę krótkie. Nazwisko jest jednosylabowe (odpowiadające jednemu znakowi), a imię odpowiada dwóm, będąc zazwyczaj dwu sylabowe. Przykładowo, nowa postać w HSR (nie wiem, kiedy dokładnie wrzucę tego posta, ale chyba w trakcie drugiego baneru wersji 4.0) (Poprawka! Ten post wychodzi akurat w dzień wyjścia 4.1!) to Yao Guang (爻光), a jej imię wykorzystuje znaki na krzyż i światło.
A jak wygląda sytuacja z Cho? No, właśnie, nie wygląda zbyt dobrze, bo jej imię i nazwisko wyglądają jak dwa nazwiska. Co więcej, teoretycznie w azjatyckich kulturach nazwisko powinno być pierwsze, a więc powinna ona się nazywać Chang Cho, ale to jeszcze bardziej brzmi jak jakaś parodia! Niektórzy mówią, że jej imię i nazwisko to dwa różne nazwiska z Chin i Korei.
Oczywiście, niektórzy zauważają, że teoretycznie Chang Cho brzmi jak możliwe imię i nazwisko w Chinach, a nawet ma tłumaczenie ("melancholia"), przy czym... Można zrobić coś co wygląda mniej jak zrobione na odwal się.
I rozumiem, że prawdopodobnie grupa wiekowa, do której skierowane miały być książki nie byłaby zachwycona Zhāng Qiū (chińska wersja jej imienia) albo innym podobnym chińskim imieniem, ale... błagam, nie róbmy rzeczy, które wyglądają tak.
Plus, jako ktoś, kto regularnie gra w chińską grę, doceniłbym imię Zhāng Qiū.
No i jest jeszcze jeden z chyba jedynych 3 czarnoskórych bohaterów (obok Deana i Blaize'a), czyli Kingsley Shacklebolt... Czy można nie wspominać o kajdanach nazywając postać czarnoskórą? Oczywiście, że można, ale i tak Rowling zrobiła inaczej... Co naprawdę przyprawia mnie o ciarki żenady!
I o ile Cho można bronić, Shacklebolt jest nie do wybronienia.
Do tego dochodzą jeszcze dość stereotypowe imiona i nazwiska typu "Anthony Goldstein" dla Żyda lub "Seamus Finnegan" dla Irlandczyka. Bo nie można spróbować opisać innej kultury w inny sposób niż dając najbardziej kliszowe nazwiska.
No i można do tego dodać także nazwy innych niż Hogwart, Beauxbatton i Durmstrang szkół, bo są one w dużej mierze magicznymi zamkami (Castellocruxo), magicznymi miejscami (Mahoutokoro) czy magicznymi dworami (Koldovstoretz) w tamtejszych językach. Z kolei Uagadou to jakaś podróbka Ugandy, w której zresztą ma się mieścić ta szkoła.
Tylko chyba Ilvermorny się z tego wyróżnia, ale to jest, podobnie jak wiele innych rzeczy w USA, efekt działania Euroamerykanów, więc rozumiecie...
A morał z tego, dzieci, taki, że trzeba myśleć dając imiona i nazwiska postaci, żeby nie były zbyt stereotypowe ani na zbyt stereotypowo nie brzmiały. Bo korzystanie ze stereotypów w nadmiarze obraża.
Tak samo jak nazwisko Shacklebolt!
Błąd #3: Nieświadome korzystanie ze stereotypów(?)
Krótko mówiąc, gobliny w Harrym Potterze mają cechy, które utożsamia się ze karykaturami Żydów. Mają one wielkie, zakrzywione nosy, są chciwe i zdradzieckie...
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym twierdzeniu, pomyślałem, że przynajmniej te dwa ostatnie kwestie nie są wcale stereotypami na temat Żydów, lecz bankierów, a więc Rowling mogła wykorzysta te stereotypy tworząc rasę, która jest w dużej mierze bankierami... Dopiero po chwili sobie uświadomiłem, że wielu Żydów było bankierami, w tym chociażby Rotschildowie.
Oczywiście, nadal odrzucam twierdzenie, że gobliny są inherentnie antysemickie, ale trudno zignorować to, jak wyszły Rowling jej gobliny. Choć oczywiście myślę, że trudno byłoby uniknąć tego mówiąc o bankierach jakimi są gobliny w HP, starajmy się jednak unikać takich stereotypów.
Paradoksalnie, myślę, że gobliny wyglądają lepiej w Dziedzictwie Hogwartu, gdzie bardzo mały odsetek ich jest w Gringocie, a o wiele więcej widzimy w Hogsmeade czy nawet jako przeciwników, którzy... no cóż, są ekstremistami, którzy jednak próbują walczyć o swoje prawa.
Jednakże warto unikać stereotypów. Może gdyby Rowling nie opisała ich dużych, zakrzywionych nosów, udałoby się jej to!
Och! I jest jeszcze problem Seamusa, który jako Irlandczyk ciągle coś wysadza w powietrze. I w czym jest problem? Otóż od lat 60. w Irlandii trwał konflikt zwany Troubles, w trakcie którego Irlandczycy dążyli do całkowitego wyparcia Brytyjczyków z wyspy i tym samym pełnego panowania nad Irlandią. Wśród działań były chociażby ataki terrorystyczne przy użyciu samochodów pułapek, które wybuchały.
Dlatego Irlandczyk z tendencją do wywoływania wybuchów wydaje się dość problematycznym stereotypem. Tym bardziej, że pierwsza książka została wydana w 1997 roku, a dzieje się ona w 1991. A więc prawie cała seria dzieje się w czasie tego konfliktu, bo zakończył się w kwietniu 1998 roku!
A więc tym bardziej Irlandczyk i wybuchy to jest kombinacja, której powinno się unikać. Szczególnie w tym okresie!
Błąd #4: Nie branie pod uwagę innych kultur
Pamiętam jeszcze za dziecka, że chyba zastanawiałem się wygląda magia w Harrym Potterze w rejonach, gdzie nie używa się różdżek. W końcu z tego co kojarzyłem, były realnie istniejące praktyki magiczne, które nie używały różdżek. Przecież były w programy o praktykach ludów pozaeuropejskich, w których widziało się szamanistyczne praktyki itd. A więc czy azjatyccy, afrykańscy czy rdzennie amerykańscy czarodzieje korzystali z różdżek?
Na szczęście, okazało się, że nie, ale... To nie znaczy, że Rowling raz za razem nie wplątywała się w światotwórcze problemy dlatego, że jej świat był tak bardzo eurocentryczny, a może i właściwie brytaniocentryczny.
I to zaczęło się objawiać szczególnie w momencie, gdy zechciała rozszerzyć swój świat poza Europę (w 2016, gdy zaczęła pisać wpisy o innych szkołach magii, głównie dlatego, że Fantastyczne zwierzęta... były w kinach). To wtedy właśnie dostaliśmy jedne z najbardziej problematycznych informacji, które są jak woda na młyn dla kogoś takiego jak ja.
Przykładowo:
- dostaliśmy 11 szkół magii na całym świecie. Trzy są w Europie, mniej więcej po jednej na kontynenty Ameryk Południowej i Północnej oraz Afryki, a także jedna w Japonii. Och i jedna w Rosji.
Jako Polak zastanawiam się, jak osoby naszej narodowości mogły by się czuć w najbliższych znanych opcjach: Durmstrangu gdzieś w Skandynawii albo w Koldovstoretz, w Rosji. Bo moja znajomość historii sugeruje, że obie opcje skończyłyby się źle, bo zarówno Szwedzi, jak i Rosjanie nas najeżdżali.
A więc już w samej Europie przydałoby się więcej szkół, a co dopiero powiedzieć o reszcie świata! - miejsce położenia szkoły Uagadou jest w Górach Księżycowych, czyli miejscu z legend greckich... Nie można było użyć jakiejś afrykańskiej legendy?
- brak uwzględnienia (ani nawet ustosunkowania się do) innych praktyk magicznych i około-magicznych w serii, jak chociażby medytacja, kontakty z przodkami czy duchami natury itd.
I wyjścia są dwa: zamknąć się wyraźnie w swojej kulturze i nie zastanawiać się, co się dzieje na innych kontynentach...
Albo po prostu światotworzyć już z tą myślą.
Ja osobiście lubię iść w cały świat z tym, skąd czerpię moje inspirację, więc w jednym dziele mogą się pojawić elementy słowiańskie, greckie, chińskie, rdzennie amerykańskie, euroamerykańskie i cokolwiek jeszcze przyjdzie mi do głowy. Aby tego dokonać, muszę wiedzieć, jak co działa nie tylko w widzianym odcinku społeczeństwa boazeryjnego, ale i w innych miejscach.
Zresztą, pomaga temu luźniejsze podejście do światotwórstwa, którego Rowling nie przedstawiała. Ona miała swoją wizję i niestety ta wizja nie umiała się dopasować do niuansów kultur całego świata. W takim wypadku po prostu lepiej by było, gdyby świat czarodziejów nie rozrastał się i nie uwidaczniał tych wszystkich problemów.
Błąd#5: Jawne zawłaszczenie!
Z tym wszystkim łączy się sprawa skinwalkerów.
Jak pisała Rowling, legenda o nich jest znana, jednak jest tak naprawdę plotką, którą medycy (medicine men) Rdzennych Amerykanów (nie-magowie) rozpowszechniali przeciwko animagom, żeby nie wydało się, że nie mają oni (ci medycy) magicznych zdolności.
To twierdzenie jest złem na kilku różnych poziomach.
Zacznijmy od tego, że skinwalkery, a tak właściwie yee naldlooshi (choć spotkałem się także z wersję "yee naadlooskii", są istotami z legend jednej, konkretnej grupy Rdzennych Amerykanów, czyli Nawahów. Mówienie, że to jest ogólno rdzennie amerykańska rzecz jest jak mówienie, że wszyscy Europejczycy jedzą kiszonego dorsza. Nie, to jest zjawisko kulturowe tylko w jednym rejonie kontynentu, tak samo jak skinwalkery.
Do tego skinwalkery mają być bardzo złymi ludźmi, czymś jak wilkołaki, które terroryzują okolice, porywają owce, wspinają się na dachy itd. Są nawet uznawane za antytezę kultury Nawahów, więc... Stwierdzanie, że skinwalkery są biednymi, uciśnionymi ofiarami wydaje się wręcz godzić w tą kulturę.
No i dochodzi także to, że takie przedstawienie skinwalkerów mówi, że ludzie z tej kultury zupełnie nie wiedzą, czym są elementy w niej zawarte. Tym bardziej, że mowa tu o ludzie podbitym, którego kultura i praktyki (w tym te, które można by uznać za magiczne) są dla niego bardzo cenne. A więc Rowling mówi, że oni się nie znają? Że czarodzieje w tej społeczności nie byli jawni?
Bo warto zauważyć, że nieświadomość istnienia świata fantastycznego przez Europejczyków i Euroamerykanów jest wiązane z tym, że oni urządzali polowania na czarownice, a później ich konsensus poszedł w stronę racjonalności, technologii i odrzucania rzeczy fantastycznych. Nawahowie i inni Rdzenni Amerykanie byli inni, nie polowali na czarownice, a do tego żyli razem ze swoimi "czarodziejami". Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że Rdzenni Amerykanie, jako ta marginalizowana grupa, mogą nawet wychodzić poza konsensus, podobnie jak to się dzieje w bezdomnymi, którzy w niektórych przypadkach są tymi, którzy funkcjonują w społeczeństwie boazeryjnym.
I Rowling twierdzi, że nie było czarodziejów, którzy zdementowaliby te plotki?
Naprawdę, ten przypadek jest pokazem jak Rowling potrafi robić bez przemyślenia. Tym bardziej, że w świecie Harry'ego Pottera istnieje czarna magia, więc Rowling mogłaby powiedzieć, że skinwalkery to animagowie ją praktykujący.
Ale nie, trzeba było zrobić ze wszystkich mugoli/nie-magów kompletnych idiotów, co w wypadku kultury, która prawdopodobnie mogłaby żyć w zgodzie i jawności ze swoimi czarodziejami (nawet jeśli powiedzielibyśmy, że tylko do 1689, gdy został podpisany Międzynarodowy Kodeks Tajności) jest totalną głupotą!
(I tu wracamy do pierwszej kwestii...)
Błąd #6: Wilkołactwo=HIV
To porównanie jest okropne i niestety zostało wygłoszone przez Rowling. Likantropia miała być metaforą dla HIV/AIDS, a więc stanu bardzo mocno stygmatyzowanego, związanego z okropną, zaraźliwą chorobą.
I ja rozumiem lęk przed zarażeniem, ale... Ludzie z HIV nie byli bardziej groźni z powodu tego wirusa. Tak, trzeba było zachować ostrożność, stosować zabezpieczenia, ale to po to, by się nie zarazić! Chyba nawet wcześniej takie praktyki stosowano, bo rękawiczki jednorazowe zostały wprowadzone na rynek w latach 60.! Głównym powodem stygmatyzacji chorych na HIV była już wcześniejsza stygmatyzacja grup, które w oczach społeczeństwa jako główne na nią chorowały: osoby LGBT, narkomanii itd..
Tymczasem wilkołaki są groźne. Lupin, jeśli by nie wypił swojego eliksiru tojadowego, zmienia się w dziką, groźną bestię skorą rozszarpać każdego człowieka, który się nawinie!
A więc lęk przed wilkołakami nie był tu całkowicie nieuzasadniony, bo wilkołak stanowił zagrożenie dla czarodziejów. Zagrożenie to dało się jednak zmniejszać już od lat 70., gdy został wynaleziony eliksir tojadowy (prawdopodobnie przez znajomego Lupina), ale nadal były także złe wilkołaki.
Wiecie, gdyby nie obecność Fenrira Greybacka, ta metafora nie trzęsłaby się w swych słabiutkich posadach. Bo idąc tą metaforą, Greyback jest osobą homoseksualną, nosicielem HIV i celowo zaraża nim dzieci... Jak metafora może uczynić zwyrodnialca jeszcze gorszego zwyrodnialca!
Problem Rowling w tym wypadku nie polegał na tym, że napisała coś w książce albo w innym fragmencie lore, lecz na tym, że skomentowała metaforę. Myślę, że przynajmniej część osób byłaby w stanie samemu dojść do wniosku, że przypadek Lupina może być metaforą stygmatyzacji osób chorych (nie tylko AIDS), ale to by był ich wniosek. A tym czasem Greyback mógłby z łatwością pozostać złoczyńcą, na jakiego był kreowany.
I takie coś również nie sugeruje, że osoby, które wilkołaki mają oznaczać, są niebezpieczne.
Jeśli jednak chcielibyśmy zasugerować jakieś powiązanie czy metaforę, myślę, że warto by było wykorzystać inherentną dla boazerii/konsensusu wiedzę bohaterów (przynajmniej części z nich) o świecie rzeczywistym i wykorzystanie takiego porównania, z jednoczesnym zaznaczeniem oczywistej różnicy. Chociażby z powodów komediowych.
Tak jak kiedyś opisałem taką rozmowę, gdy omawiałem wampiry i sugerowałem, jak mogłaby wyglądać epidemia wampiryzmu:
Postać1: Posłuchaj, podobnie było w czasie epidemii HIV i AIDS.
Postać 2: Tak. Tylko że osoby z HIV nie mordowały i wypijały krwi!"
A więc po pierwsze przemyślcie wasze metafory i jeśli nie jesteście pewni, że nie wywołacie w ten sposób katastrofy, nie piszcie o nich.
Czasami może was zainspirować coś, co ostatecznie nie było zbyt dobre, ale efekty są na tyle ciekawe, że je zostawiacie... Nawet jeśli powinniście się wstydzić ich genezy.
Choć z drugiej strony, są też skrzaty domowe, które, jeśli byłyby w dziele traktowane bardziej jak służący, a nie niewolnicy, z pewnością krytyka Rowling i jej świata byłaby mniejsza.
Błąd #7: Pała z biologii! Pała z geografii!
Błędem, do którego zauważenia przyznaliby się nawet najzagorzalsi fani (nie licząc fanatyków), jest to, jak Rowling robi koszmarne błędy logiczne i czasami nie wie, o czym pisze.
Olbrzymi wąż mający... 13 metrów. Pająki ze szczypcami. Gorąc kilkadziesiąt metrów nad ziemią.
Ten błąd jest jasny do zrozumienia... Rowling nie robi researchu! I to nie chodzi jedynie o to, że nie robi researchu o innych kulturach, ale i nie robi researchu na temat tego, jak działa świat.
Co to znaczy duży wąż? Anakondy przerastają książkowego bazyliszka!
Jak się nazywają te odnóża gębowe pająków? To są szczękoczułki albo chelicery!
Jak zmienia się temperatura wraz z wysokością? Z pewnością nie rośnie proporcjonalnie z nią!
A więc ten błąd to zwyczajna fuszerka i brak researchu!
Czemu warto nie być jak Rowling?
I tymi słowami można już przejść do podsumowania.
Autorka Harry'ego Pottera zamieściła w swojej serii mnóstwo głupot, kontrowersyjnych rzeczy, których lepiej nie powielać w swoim warsztacie pisarskim.
Znaczną większość z nich można uznać za brak researchu (nazywany przez mniej przychylnych jej odbiorców ignorancją) i zastanowienia się. Gdyby bowiem się zastanowiła, być może przynajmniej części tych błędów można by było uniknąć.
A oto moje porady, jak unikać tych błędów:
- Społeczeństwo boazeryjne i rzeczywistość konsensualna wciąż ze sobą negocjują, wpływają na siebie. A więc to normalne, że elementy z normalnego świata mogą mieć wpływ na świat fantastyczny.
- Imiona i nazwiska z kultur innych niż nasza własna nie powinny być aż tak stereotypowe, więc być może warto by było poszukać głębiej. Tym bardziej, jeśli bohaterowie ci mają stanowić jedyną reprezentację tych grup.
- Poza tym, uważajmy na stereotypy zachowań. O ile bowiem imię czy nazwisko może świadczyć raczej o małej ilości researchu, o tyle stereotypy związane z zachowaniami potrafią być o wiele bardziej krzywdzące.
- Jeśli planujemy, żeby świat nasz dotyczył większej ilości miejsc niż tylko to, co znamy, warto mieć już plan, jak inkorporować te obce nam elementy do reszty świata. A jeśli nie mamy takiego pomysłu, być może lepiej to przemilczeć.
- Mity są osadzone w kontekście danej kultury, który w przypadku społeczeństwa boazeryjnego nie zmienia się aż tak. Dlatego też próba gaslightowania tych, którzy się znają, twierdząc, że się nie znają, jest brakiem szacunku.
A myślę, że problem z zawłaszczeniem kulturowym w takich przypadkach polega głównie na braku szacunku. - Możemy sobie wymyślać rzeczy z różnymi metaforami w głowie, lecz nie zawsze to warto o tym mówić.
- RÓBMY RESEARCH!!!!!!
I to by było chyba na tyle!
Co sądzicie o tym wszystkim? Czy zauważacie jeszcze jakiś inny błąd w świecie wykreowanym przez Rowling? A może potraficie wydedukować, skąd ten błąd się bierze i jak go naprawić?
Napiszcie o tym w komentarzu.
Do przeczytania!
Komentarze
Prześlij komentarz