Ohayo! a może Togli!
Witam w kolejnym wpisie na moim blogu!
Ostatnio udało mi się skończyć czytanie serii, która była ze mną przez ostatnie lata moich studiów. Początkowo bowiem planowałem pisać magisterkę o dark fantasy w polskim środowisku self-publishingu, więc zbierałem przykłady do tej pracy. I na Kapitularzu kilka lat temu znalazłem kilka takich przykładów...
Ostatecznie, napisałem magisterkę o orkach, jednak książki, które wtedy kupowałem, zostały. Powiem więcej, niektóre z tych serii były przeze mnie wspierane także po tym, jak uznałem, że nie będę pisać o dark fantasy.
I jedną z tych serii niedawno udało mi się skończyć. Chodzi o trylogię "Dar Anomalii" Pawła Zbroszczyka, którą dziś wam recenzuję. Ale, jak zwykle, to nie będzie jedynie recenzja, nawet jeśli chodzi tu o całą trylogię. Postaram się, jak zawsze, zrobić z jego jakieś małe case study.
Anomalia skrywa dary - trochę o fabule
"Dar Anomalii" jest trylogią, która dzieje się w dwóch światach, poniekąd. Jest to wynikiem tego, że, przynajmniej przez pierwszy tom, śledzimy dwóch bohaterów, którzy nie tylko nigdy się nie spotkali, ale nawet istnieją w zupełnie odmiennych światach. I to nie metafora! Bren jest młodym człowiekiem, niezbyt wiele znaczącym łotrzykiem, który, za sprawą nieporozumienia, trafia na szkolenie do Piewców, elitarnej grupy najemników. Tymczasem Leba jest Parkaninem, pokrytym piórami humanoidem, który bierze udział w zmaganiach, by stać się godnym wejścia do Anomalii i wspomagać losy istot z innych wymiarów...
Cóż, gdy to piszę, zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak typowa młodzieżówka. To nie jest typowa młodzieżówka ani w ogóle jakakolwiek młodzieżówka! Wśród Piewców Bren nie znajdzie ludzi takich jak on, a zabójcze zmagania, w których bierze udział Leba, to zaledwie rozgrzewka przed prawdziwą misją.
Co więc może sprawić, że te dwa światy, Bren i Leba, wreszcie się spotkają? Cóż, gdy Parkanie przechodzą przez Anomalię, łączą się z istotami z innych wymiarów, które od tego momentu stają się magami. I tak się składa, że Parkaninem Brena jest właśnie Leba!
Tylko problem polega na tym, że Piewcy mają kontrakt, by porywać magów i dostarczać ich tajemniczemu Styksowi... Dlatego Bren, który nie dość, że stracił grdykę (jako zapłatę za swoją magię) i zyskał pierzasty głos w głowie, musi ukrywać swoje zdolności magiczne...
Bo tak się składa, że Piewcy nie są wcale dobrzy! To nie jest jakaś cool, edgy organizacja najemników, których czadowość łatwo przysłania ich krwawe zbrodnie. Nie, to niezwykle niebezpieczna organizacja, w której za zdradę karzą śmiercią!
Dlatego właśnie Bren musi uciekać...
Jednocześnie jednak napotyka na ślady zleceniodawcy tych wszystkich porwań magów, który okazuje się również związany ze specjalną misją, którą otrzymał Leba. Tak się bowiem składa, że ktoś zabił jednego z Bezsennych, którzy pozwalają na istnieje Anomalii, a tym samym istnienie magii i misji Parkan. W ten oto sposób cele obu bohaterów zaczynają się pokrywać.
A misja jest prosta: dopaść Styksa!
Ale Bren nie jest sam. Ma oczywiście Lebę, ale także pomagają mu inni bohaterowie, tacy jak stary gnom-kartograf, Pieprz, który staje się dla chłopaka figurą ojcowską, najemniczka Zadra, w której powoli się zakochuje, i wielu innych! Razem przebędą wiele różnych miejsc, przeżyją liczne przygody i przejdą próby, zarówno związane z zyskiwaniem nowych zaklęć przez Brena, jak i tymi w Estepii.
I myślę, że pacing tych przygód jest całkiem dobry. Każda z trzech książek jest podzielona na dwie części, które wydają się całkiem sensownie od siebie oddzielone. W pierwszy tomie jest to moment połączenia się Leby i Brena. W następnych dwóch te wydarzenia są równie ważne, choć oczywiście wam ich nie zdradzę, bo to byłby zbyt wielki spoiler.
Jednakże podział na części całkiem ładnie układa wydarzenia. Tym bardziej, że tomy nie są jakoś bardzo rozdzielone. Przywodzi to raczej na myśl 6 części jednej książki, tak jak to zaplanował z Władcą Pierścieni Tolkien. Jeśli pierwszy tom kończy się w punkcie A, to drugi tom zacznie się dosłownie dwa metry od niego, co naprawdę sprawia, że tą trylogię warto jest czytać ciągiem. No i fakt, że każdy z tomów jest po prostu "Darem Anomalii", bez żadnego dopisku w tytule, sprawia, że to wydaje się jeszcze bardziej jedną ciągłą historią.
Oczywiście, koniec, czyli jakieś 100 stron ostatniego tomu, wydaje się początkowo zbyt wolno zmierzać do zakończenia (wielkie bitwy to bardziej coś na drugi akt, a nie bezpośredni finał), po czym nagle zaczyna to wszystko pędzić na złamanie karku ku ostateczniej potyczce. Moim zdaniem to wszystko mogłoby wybrzmieć lepiej, gdyby działo się w wolniejszym tempie, tym bardziej, że ostatnie 2-3 rozdziały rzucają w nas bombą za bombą pod względem lore, fabuły i relacji między bohaterami. No, ale rozumiem jak to jest, gdy chce się zmierzać do końca, nim przekroczy się 600 stron!
Świat, czyli czy założyciel Wydawnictwa Elfickiego powinien zabić elfy?
Światotwórstwo jest z jednej strony bardzo oryginalne, a z drugiej strony część elementów tego świata opiera się na znajomości encyklopedycznych wizerunków istot fantastycznych. Mianowicie, choć znajdziemy tu wiele ciekawych pomysłów, które z pewnością były oryginalnym wytworem wyobraźni Pawła Zbroszczyka, tak wiele innych jest nam po prostu rzucane jako gotowe hasła. Na przykład, nie wiemy do końca zbyt wiele o różnicach między ludźmi, gnomami, krasnoludami i elfami. Wiemy tylko że te rasy istnieją, przez co nasze mózgi muszą wypełniać lorowe luki poprzez encyklopedyczną znajomość ich z innych dzieł fantasy. I o ile elfy, gnomy czy krasnoludy można uznać za w miarę podobne do siebie w różnych dziełach, tak tego nie można powiedzieć o goblinach. Dobrze, że wiemy, że są zielonoskóre, ale jakie dokładnie są z wyglądu, nie jestem już taki pewny. Czy są bliższe tym z Warcrafta? A może te z Warhammera? A może z D&D? A może skądś indziej?
Och! I jeszcze, nie wiem, w którym momencie, napatoczyły się koboldy! A to, jak wyglądają koboldy, jest kwestią sporną, tworzącą co najmniej 2 typowe, wykluczające się wyobrażenia (smocze i psie), a także dziesiątki mniej popularnych!
Tak, niestety, Paweł zdecydował się stworzyć świat zamieszkiwany przez rasy, które nie mają zbyt wiele do opowiedzenia o sobie. Po prostu zdecydował się na reprodukcje znanych nam ras fantastycznych, nie dodając do nich zbyt wiele.
To przypomina mi słynny esej Sandersona "Kill the elves", który znam bardziej z anegdotycznych wspomnień niż z czytania go (bo to chyba był artykuł opublikowany w szkolnej gazecie). Mówił on tam o odcinaniu się od światotwórczego dziedzictwa Tolkiena (cienia Tolkiena) i tych wszystkich ras, które są mniej lub bardziej zerżnięte ze Śródziemia.
I choć normalnie bym się nie zgodził z Sandersonem, bo ja elfy lubię, to przypadek Pawła Zbroszczyka jest dowodem, że czasami zbyt bardzo wpada się w tą klasyczność pewnych elementów fantastycznych i wychodzi z tego sytuacja a'la "Jaki koń jest, każdy widzi".
A więc, jeśli jesteście początkującymi pisarzami, pamiętajcie, aby dać swoim rasom coś więcej, jeśli nie pod względem kultury (Estepia wydaje się wielorasowym społeczeństwem, więc kulturowa odmienność niekoniecznie tu pasuje), to pod względem wyglądu, biologii albo coś w tym stylu.
Jednakże sposobem na przeciwdziałanie tej nieuchronnej reprodukcji tolkienizmu miało być tworzenie własnych istot fantastycznych, własnych ras i tak dalej. I choć z jednej strony autor dzisiaj omawianego dzieła wpada w tą światotwórczą pułapkę znanych ras, tak z drugiej strony jest tu wiele elementów, które są bardzo oryginalne.
Od owadów składających jaja w jeszcze żywych ciałach istot, po tajemniczą rasę Yer Osti, która... SPOILER! okazuje się swoistymi szarakami!
Inną ciekawą i bardzo oryginalną rzeczą jest magia. W pewnym momencie (w trzecim tomie) okazuje się, że "Dar Anomalii" ma całkiem ciekawą, usystematyzowaną formę magii z podziałem na klasy zaklęć itd., które są podzielone na dwa kręgi:
 |
| skan z książki, tom 3. s. 235 |
Zewnętrzny- Ogień
- Lód
- Ciepło
- Woda
- Czas
- Przestrzeń
- Wewnętrzny
- Energia
- Umysł
- Ziemia
- Wiatr
- Życie
- Śmierć
Ta kolejność jest całkiem ważna, gdyż to ona wyznacza siły, trochę jak w "kamień, papier, nożyce" tylko z 6 elementami. Zaklęcia silniejszej klasy są w stanie zakończyć działanie zaklęcia klasy względem niej słabszej.
Ale to nie jest tak, że podział na wewnętrzny i zewnętrzny krąg izolują te klasy. Wręcz przeciwnie, klasy z kręgów zewnętrznego i wewnętrznego są ze sobą związane i poniekąd wymienne. Na przykład, zaklęcie klasy przestrzeni może zostać zniwelowane przez zaklęcie klasy życia, bo życie i czas ze sobą sąsiadują jako zaklęcia kręgów wewnętrznego i zewnętrznego.
Ale to to wiedza dopiero z późniejszej części.
Przez większość czasu wiemy o magii tyle, że magowie płacą za nią uszczerbkami na ciele. Gdy pierwszy raz Bren i Leba się połączyli, Brenowi zniknęła grdyka, za kolejne zaklęcie zapłacił zrośnięciem się palców, przez co nie mógł już rzeźbić z drewna, następne były bąble, utrata pamięci itd.
Och! I ilość zaklęć maga zależy od tego, na ile pielgrzymek wyruszył jego parkanin. Mag musi zażyć specjalne zioła, przez które wpada w trans i zasypia. Wtedy role się odwracają, mag jest głosem w głowie parkanina, który ma za zadanie rozwiązać jakiś problem w jeszcze innym wymiarze. Zaklęcie i uszczerbek zależą w dużej mierze od tego, jak parkanin sobie poradzi. Oczywiście, ma do pomocy maga, który służy mu radą, tak samo jak parkanin służy radą magowi, gdy nie są na pielgrzymce.
Same pielgrzymki nie są jednak takie proste. To wielkie, moralne zagwozdki. Na przykład, pierwsza pielgrzymka dotyczyła rasy, w której narodziny dzieci sprawiały, że umierała najstarsza osoba. Czy więc Leba powinien zakazać prokreacji, by ci starsi (nie jacyś skurczeni wiekiem staruszkowie, ale nadal wiekowo najstarsi) mogli żyć jeszcze dłużej, spędzić więcej czasu z bliskimi, czy też pozwolić, żeby starszyzna wymarła? Cóż, znalazł na to sposób, lecz nie było to wyjście idealne... Bo rzadko kiedy bywa idealne wyjście.
A czemu tak się dzieje? Bo taka jest misja parkan. Parkanie przechodzą przez Anomalie, dają magię istotom z innych światów, by te mogły czynić tam dobro, a następnie pomagają jeszcze innym światom. Choć znajdziemy całkiem dużo także złych magów ze złymi parkanami, zaczynając od głównego złego, czyli Styksa.
Przesłanie, czyli uwaga: SPOILERY!
Na koniec chciałbym porozmawiać trochę o przesłaniu tych książek. Jak wiadomo, czasami przesłanie niekoniecznie jest tym, co sobie autor zaplanował, a czasami jest to po prostu to, co wyciągnie z książki czytelnik.
I przede wszystkim, jest to historia o misji. Misji, która zaczyna się z nadzieją, ale potem pojawia się realizacja, że świat nie jest taki łatwy, a za to pełen rozczarowań. Na przykład, okazuje się, że ktoś bliski Lebie jest parkaninem Styksa! I cesarz, którego Styks chce obalić, jest w rzeczywistości zdolny do przejmowania ciał, przez co, mimo że oficjalnie cesarze się zmieniają po śmierci poprzedniego, to rządzi ta sama osoba, a więc obalenie jej wydaje się czymś dobrym. Ale czy na tyle dobrym, żeby pozwolić Styksowi grasować na wolności i skórować ludzi?
Do tego dochodzi także sedno istnienia parkan. Są oni narzędziami Solara, służącymi w wyłonieniu rasy idealnej, którą mają pomóc ukształtować poprzez pielgrzymki.
Tak, tutejsza wersja najwyższego bóstwa nie jest czułym opiekunem, który dba o każdego z osobna i wie, co jest dla każdego najlepsze... Nie, to eksperymentator, który metodą prób i błędów chce wyłonić ideał!
A mimo to Leba i Bren, nawet po tym wszystkim, mają wciąż pewną wiarę w misję!
Och! A skoro już o naszym głównym duecie mowa, warto także wspomnieć o innym wątku, który pojawia się przez całą trylogię, czyli relacja Brena i Leby. Zaczynają jako wkurzający się nawzajem współlokatorzy (tylko że współdzielonym mieszkaniem są ich głowy), a kończą jako bracia. Są zdolni dla siebie poświęcić naprawdę wiele...
I cóż, to jest piękne! Po prostu uwielbiam dobry bromans*!
Powinniśmy mieć więcej książek o przyjaźni, takiej głębokiej. A fakt, że są to faceci, czyli istoty z zasady nie socjalizowane do rozmawiania o swoich problemach, może sprawić, że prawdziwi faceci zaczną jednak rozmawiać o swoich uczuciach.
Ale żeby nie było, że ja gadam jedynie o męskich przyjaźniach, mogę wspomnieć o "Jak pokochać freaka" Rebeki Crane, gdzie bardziej niż na romansie z chłopakiem, który nazywa się jak 22. prezydent USA (co mógłby sugerować angielski tytuł "The Odds of Loving Grover Cleveland"), ta książka skupia się na relacji dwóch dziewczyn i ich problemach.
Och! I skoro jeszcze jesteśmy w sekcji spoilerowej, pozwolę sobie zdradzić coś z zakończenia. Otóż, parkanie są aniołami. Dosłownie, pod koniec okazuje się, że nasz świat jest jednym ze światów, na które podróżują parkanie w trakcie pielgrzymek.
No i, czas na spoiler, który zmienia zupełnie to, jak się czyta tą trylogię... Może ktoś zauważy to trakcie dzieła, tak samo jak ja zgadłem, kim jest parkanin Styksa, jednak mnie musiało to być powiedziane wprost, pod koniec książki.
Otóż, Leba jest poniekąd imieniem biblijnym.
Koniec spoilerów! Możecie otworzyć oczy!
A więc "Dar Anomalii" to całkiem dobra trylogia. Ma te swoje mankamenty światotwórcze w postaci zbytniego polegania na tym, że każdy wie, jak wygląda dana rasa, jednak to nie jest aż tak wielki problem. Nadrobione to jednak zostaje poprzez oryginalne elementy światotwórstwa, ciekawy system magii, który z pewnością zostanie zapamiętany, oraz motywy filozoficzne oraz godne uwagi relacje.
Nie jest to jednak książka dla każdego. Ten świat jest całkiem brutalny i miejscami obrzydliwy. Są tu również trudne wybory moralne, zarówno w czasie pielgrzymek, jak i w Estepii.
A więc, jeśli lubicie książki z trudnymi moralnie wyborami i nie straszna wam brutalność świata, "Dar anomalii" może się wam spodobać.
Osobiście, oceniam tą serię na 8,5/10.
A wy? Czy już czytaliście "Dar Anomalii"? Czy was do tego zachęciłem?
Napiszcie o tym w komentarzu.
Och! I, Paweł, jeśli to czytasz, ten napisz coś w komentarzu. Możecie się wytłumaczyć, możesz coś dodać...
Tak czy inaczej, do przeczytania!
Komentarze
Prześlij komentarz