Firanki są niebieskie, a wilki są wilkami - BEASTARS i to, jak metafory mogą nie działać
Ohayo! a może Akademia Cherryton?
Witam w kolejnym wpisie na moim blogu. Ostatnio zacząłem oglądać Beastars, którego ostatni sezon wyszedł stosunkowo niedawno. I przypomniałem sobie te liczne eseje, które dopatrywały się w Legoshim różnych rzeczy: geja, gwałciciela czy nawet "osoby, która lubi dzieci aż za bardzo" (takiej, która brzmi jak skrót pliku Adobe).
Problem, który mam z tymi interpretacjami, to to, że opierają się na metaforach, których słuszności uzasadnić nie mogę! Jakakolwiek interpretacja oparta na metaforze, że związek Legoshiego i Haru albo ogólne społeczeństwo tego anime (a wcześniej mangi) symbolizują coś, wydają się nie trzymać kupy.
To z kolei przywodzi na myśl trochę cichszą, lecz za to starszą oraz szerszą dyskusję o tym, czy w fantastyce jest miejsce na metaforę.
Dziś o tym porozmawiamy!
Czym jest Beastars?
Zacznijmy jednak od przedstawienia serii, która jest punktem wyjściowym dla dzisiejszej dyskusji.
Beastars jest anime na podstawie mangi Paru Itagaki. Opowiada ono o świecie, w którym żyją antropomorficzne zwierzęta, które zachowują się w sposób podobny do ludzi: noszą ubrania, mieszkają w domach itd. Pewnego dnia w akademii Cherryton dochodzi do zbrodni - jeden z uczniów (Tem, alpaka) został pożarty. Fakt ten sprawia, że zwierzęta zaczynają coś podejrzewać... I jednym z podejrzanych jest Legoshi, wilk (przynajmniej w 75%, bo jego dziadek jest waranem), który przyjaźnił się z Temem.
Jednak to nie zagadka śmierci Tema jest najważniejszym elementem. Otóż niedługo po śmierci Tema, Legoshi poznaje Haru, króliczycę, która jest od niego jakoś 2,5 raza mniejsza i w której się zakochuje. Problem jest jednak taki, że jest on wilkiem, mięsożercą, a ona jest nie tylko roślinożercą, ale wręcz idealną ofiarą.
Bo tak się składa, że śmierć Tema nie była jakimś kompletnym ewenementem. Przypadki, gdy jedne zwierzęta zostają pożarte przez drugie, się w tym świecie zdarzają i choć oficjalnie są potępiane, jest to fakt, z którym zarówno mięsożercy, jak i roślinożercy muszą żyć. Mięsożercy pragną jeść mięso - to jest przecież wpisane w ich naturę - które przecież bierze się z innych zwierząt, co z kolei sprawia, że roślinożercy żyją w ciągłej obawie o to, że zostaną pożarci.
To prowadzi do pewnego koła wzajemnych obaw i oskarżeń: roślinożercy boją się mięsożerców, więc traktują ich z nieufnością, co zaś prowadzi do irytacji mięsożerców, którzy i tak są już sfrustrowani tym, że muszą tłumić swe instynkty.
Całe dzieło jest właśnie o tym, o instynktach.
I to jest realistyczne!
Nie mówię, że w prawdziwym społeczeństwie mamy do czynienia z grupą ludzi, którzy muszą tłumić swoich naturalnych instynktów do krzywdzenia ludzi. Nie, gwałt to wybór ze strony gwałciciela i normalnemu człowiekowi nawet to nie przyjdzie do głowy!
To jest realistyczne, bo... tworzy logiczną rzeczywistość. Mamy społeczeństwo zwierząt, które mają potrzeby żywieniowe typowe zwierząt. Roślinożercy jedzą rośliny, a mięsożercy mięso. No, ale pojawia się tu problem, bo mięso musi się skądś brać. A jeśli wszystkie zwierzęta są częścią społeczeństwa...
Oczywiście, to nie jest tak, że wszystkie zwierzęta są tu równe, bo nikt nie ma nic przeciwko zabijaniu owadów, jednak większość mięsożerców nie lubi żywić się mącznikami. Owady są raczej niskiej wartości zamiennikiem prawdziwego mięsa, podobnie jak jajka czy mleko. (Tak, mamy do czynienia z wątkiem tego, że jedna z uczennic oddaje zniesione przez siebie jajka do stołówki.) Tworzy to wspólną, logiczną całość.
I to jest ten realizm. Można by nawet dodać, allotopijny realizm. Umberto Eco w eseju Światy Science-fiction pisał o allotopii jako o "świecie bardziej realistycznym niż rzeczywistość". Myślę, że właśnie o coś takiego mu mogło chodzić - o świat, który wydaje się mieć sens, istnieć naprawdę, a nie jako zaledwie metafora jakiegoś problemu społecznego.
Wszystkie problemy w Beastars są wynikiem tego, jak działa społeczeństwo i świat. Mięsożercy chcą żyć w spokoju, ale jednocześnie czasami chcą jeść mięso. Z kolei roślinożercy nie chcą umierać.
To nie jest żadna metafora, a już na pewno nie taka, którą możnaby utrzymać w dziele na dłużej. To jest codzienna rzeczywistość, w której żyją bohaterowie; system, który działa bardzo wątpliwie.
Tym bardziej, że zakończenie historii nie kończy się happy endem pokroju "zobaczcie, da się ze sobą żyć. A teraz, wszyscy złapmy się za recę i zaśpiewajmy jak można żyć w spokoju". Nie, Louis (jeden z bohaterów drugoplanowanych, jeleń) wprost mówi o tym, że chęć jedzenia mięsa jest naturalna u mięsożerców i wypieranie się tego (szczególnie, gdy w rzeczywistości jada się je) jest hipokryzją.
Legoshi jest pod tym względem jedynie dziwnym wyjątkiem, którego sprzeciw wobec jedzenia mięsa wynika z tego, że jest kocha Haru i chce z nią żyć, długo i szczęśliwie. Co nie oznacza, że nie ma obaw, że mógłby ją zjeść. Cały pierwszy sezon chyba polega właśnie na tych obawach!
Ale to nie jest jakaś pro-wegetariańska metafora. Nie, Legoshi jest swoistą zabawą w konwencji świata. Jest mięsożercą, który próbuje za wszelką cenę powstrzymać swoje pragnienie jedzenia mięsa, bo robi to dla dziewczyny, którą kocha. Jednocześnie jednak doskonale rozumie, jak działa krąg życia i ma szacunek do wszelkiego życia. Wielki duch ćmy już o to zadbał!
Zresztą, to nie jest tak, że tylko on próbuje się powstrzymywać przed jedzeniem mięsa. Jest chociażby Bill (tygrys), który pod koniec 3 sezonu wbił sobie jajko do ramenu i... okazało się, że w jajku był kurczaczek. Początkowo chciał go zjeść, ale się powstrzymał i razem z Piną (owcą jukońską) starali się pomóc temu maleństwu. I gdy umarło, a Pina stwierdził, że może Bill by jednak je zjadł, skoro i tak już nie żyje, tygrys się oburzył. Nie dlatego, że ta propozycja ugodziła w jego dumę czy coś takiego, lecz dlatego, że zrozumiał on wartość życia i pokochał małego kurczaczka!
Och! I jeszcze jedna ciekawa kwestia, czyli mieszańce. W Beastars związki mieszane są stosunkowo rzadkie. Większość postaci jest przedstawicielami konkretnych gatunków, a ilość postaci mieszanego gatunku dosłownie można policzyć na palcach jednej dłoni i jeszcze kilka tych palców zostanie.
Czemu się tak dzieje? Bo, tak samo jak w naturze, relacje między różnymi gatunkami nie prowadzą do normalnych dzieci. Wiemy przecież, że muły są bezpłodne, podobnie jak samce lygrysów. A o skrzyżowaniu przedstawicieli różnych gromad już lepiej nawet nie myśleć, bo nie są one możliwe...
W Beastars jest trochę lepiej. Trochę, bo matka Legoshiego miała matkę wilczycę i ojca warana z Komodo, więc była połączeniem ssaka i gada, jednakże jej stan nie był zbyt dobry. Przez początkowe lata życia wyglądała jak zwykła wilczyca, ale gdzieś po dwudziestce zaczęło jej wypadać futro i pojawiać się łuski.
Innym przykładem jest Melon, mieszaniec gazeli i lamparta. Nie miał apetytu ani libido. Do tego był psychopatą, ale tego już nie można zwalić na jego geny!
Normalnie, gdy mamy do czynienia z postaciami, które są w jakiś sposób mieszanych gatunków albo ras, nie są one w żaden sposób biologicznie gorsze. (No, może z wyjątkiem jakichś pół-demonów czy pół-wampirów, ale to raczej ze względu na to, że jedno z rodziców było złem wcielonym, więc to na nich ciąży.) Wynika to z tego, że zazwyczaj odczytujemy takie postaci jako postaci mieszanej rasy, takie jak mulaci.
Twierdzenie, że taka postać miałaby być gorsza ze względu na to, że jest mieszanej rasy, jest nie do przyjęcia!
Dlatego właśnie mieszańce te nie są metaforą osób tak zwanej mieszanej rasy. Są po prostu mieszańcami dwóch gatunków zwierząt żyjących w allotopijnym społeczeństwie zwierząt.
Oczywiście, istnieją pewne inne elementy zbieżne z zachowaniami z rzeczywistego świata, bo nawet tworząc coś tak osobnego jak allotopia, autor musi się na czymś wzorować, jednakże to raczej jak referencja, a nie odwzorowanie zjawiska po to, by móc stanowić jego metaforę.
Metafora w fantastyce - wieczna dyskusja
Zacznijmy może od tego, czym jest metafora.
Jest to bowiem środek stylistyczny wykorzystujący niedosłowne znaczenia słów. Na przykład, zazwyczaj, gdy mowa o liżących kogoś językach ognia nie mamy w głowie obrazu prawdziwych języków, którymi ogień kogoś liże, ale rozumiemy, że to tylko porównanie, przenośnię, metaforę.
Nam jednak chodzi o większą metaforę. Czasami bowiem pewne elementy w dziełach (prozatorskich oraz nieliterackich) są metaforami. Choć w perspektywie fabuły należy je traktować dosłownie, tak już w interpretacji są one widziane jako metafory rzeczywistych zjawisk. Na przykład, wiele dzieł pokazujących rasizm w stosunku do elfów, krasnoludów czy innych takich, a także walkę z takim rasizmem, odczytuje to jako pokazanie walki z rasizmem w naszej rzeczywistości. Podobnie dzieje się z innymi rzeczami w fantastyce - z uwagi, że nie możemy przełożyć tego świata na nasz bezpośrednio, uznajemy, że wydarzenia w dziele mają symbolizować sytuacje z prawdziwego życia.
Np.: racja, nie możemy wiedzieć, jak to jest być wilkołakiem i być przez to napiętnowanym, bo nikt w rzeczywistości nie jest wilkołakiem. Ale sposób, w jaki jest traktowany Lupin z uwagi na swoją przypadłość może częściowo (powtarzam, skłaniam się ku temu jedynie częściowo) odzwierciedlać stygmatyzację osób chorych na choroby takie jak AIDS. Mimo wszelkich zabezpieczeń, które stosuje, nadal mało kto mu ufa na tyle, by dać mu pracę!
Tylko że nie wszystko jest metaforą. Przykładowo, choć orkowie są potężną, industrializowaną rasą toczącą wojnę na rozkazy sił zła w Śródziemiu, nie są oni metaforą nazistów, niezależnie jak bardzo się w to wszystko wpisują.
Czemu? Bo tak powiedział autor!
J.R.R. Tolkien nie znosił alegorii, uznawania że jego dzieła są jakimiś metaforami Wojen Światowych itd. To właśnie miałem na myśli, mówiąc, że dyskusja o metaforach w fantastyce trwa już bardzo długo.
I w sumie, to trochę ma sens, bo metafora sprawia, że dosłowne rozumienie dzieła przestaje mieć znaczenie. Wszyscy będą się skupiać na tym, że orkowie to naziści, a nie na światotwórstwie.
Oczywiście, niezależnie jak bardzo byśmy nie wynosili dziadzia Tolkiena na piedestały, jest on tylko jedną osobą w tej rozmowie. (No i istnieje koncept śmierci autora, gdzie nie bierze się pod uwagę jego zdania.) Nie każdy podziela jego perspektywę, a tym bardziej nie każdy autor. Niektórzy autorzy piszą w ten sposób, że nie da się podejść do dzieła na poważnie, jeśli nie weźmie się pod uwagę wymiaru metaforycznego. Na przykład, to jak koszmarnie są przedstawiani mugole w Harrym Potterze można wytłumaczyć tylko tym, że świat mugoli nie jest tylko rzeczywistością konsensualną, ale również symbolizuje dla Harry'ego nudne, nieprzyjemne życie przeciwstawione ciekawemu, pełnemu przygód i ciepła Hogwartowi. Bez tego naprawdę HP traci resztki spójności.
Ale z kolei są także i dzieła, w których dodanie metafory sprawia, że stają się one problematyczne. Dobrym przykładem jest Frieren, gdzie fakt, że demony wydają się na pierwszy rzut oka tak ludzkie, a jednocześnie Frieren ich nienawidzi, jest czymś kontrowersyjnym według niektórych. Bo prawda jest taka, w mandze Yamady i Abe demony są osobnym gatunkiem, którego przedstawiciele są zazwyczaj bardzo podobni do ludzi wizualnie, odróżniając się jedynie rogami. Dzięki temu są w stanie wzbudzać poczucie empatii u ludzi, co jest jednak ich strategią łowiecką. Demony nie czują ludzkich emocji, a jedynie je naśladują, by sprawić, że ludzie byliby mniej chętni do zabijania ich, co czyni je perfekcyjnymi drapieżnikami dla ludzkości. Zresztą, to nawet nie jest tak, że one po prostu muszą jeść ludzi, tak samo jak ghule z Tokyo Ghoul, lecz one naprawdę nie mają żadnej formy empatii. Ich współpraca między sobą nie ma elementów wspólnototwórczych, a jedynie przydatność... To normalnie gatunek psychopatów!
Demony są więc tu ciekawym eksperymentem, idealnymi drapieżnikami dla społecznych istot, jakimi są ludzie. Wydają się one siedzieć pośrodku doliny niesamowitości - tak podobne do ludzi, ale jednocześnie tak mocno odmienne, że aż strach!
I ktoś stwierdził, że demony stanowią metaforę jakiejś inności, a Frieren jest rasistką!
Oczywiście, częściowo może za odpowiadać ideologiczny punkt widzenia tych, którzy takie rzeczy mówią, oraz fakt, że moralność we Frieren nie jest jakoś niesamowicie zniuansowana. To nie Skazani na bycie bohaterem, gdzie nawet wśród demonów jest taki Boojum, który ma całkiem ludzki punkt widzenia, czy Puck Puca, który jest takich psychopatom, że zdecydował się pomóc ludzkości, bo chciał sobie pozabijać własną rasę.
No, ale... demony tu są zdecydowanie nieludzkie. Jeśli uznajemy je za metaforę jakiejś grupy ludzkiej, mam wrażenie, że stanowi to obrazę dla tej grupy.
To samo można zresztą powiedzieć o gdy ktoś krytykuje jakąś rasową metaforę, której szukał chyba pod mikroskopem i wpływem grzybków halucynków.
Oglądałem kiedyś filmik o tym, jak ktoś na Twitterze krytykował zwiastun WH40k za to, że siły Imperium walczyły z tyranidami, bo ten ktoś uznał, że walka z karaluchami jest metaforą ukrytego antysemityzmu, bo Żydzi byli porównywani przez nazistów do robactwa... Cóż, chyba nikomu z tych osób nie przeszło przez myśl, że naprawdę mogą istnieć plagi robactwa, które mogłyby zainspirować tyranidów, będących w sumie kosmiczną szarańczą na sterydach. Takich sterydach, których kropelka wystarczy, by przemienić kogoś w Hulka, a oni wydudlali po całym kociołku niczym Obeliks.
Należy czasami wiedzieć, gdy nie szukać metafory na siłę. Szczególnie, gdy mowa o takich przykładach, dotyczących powiązań z rasą albo innymi mniejszościami.
Kwestia ta okazała się tak kontrowersyjna, że nawet raczej lewicowa wideo-eseistka, Princess Weekes, nagrała o tym film, w którym właśnie trochę analizuje problematykę fantastycznego rasizmu, czy i jak to wychodzi. I wspominając chociażby X-menów, mówi o tym, jak niektórzy doszukują się metafor (np.: Magneto jako syjonista), ale też niektóre z tych metefor krytykuje itd.
Czy firanki są po prostu niebieskie? - Co robić z metaforami?
Nie chcę mówić "firanki są po prostu niebieskie", "to nie jest takie głębokie" albo innych antyintelektualistycznych haseł. Nie o to bowiem tu chodzi, nawet jeśli mówimy tu o dziełach nie będących poezją, w której przecież jest o wiele więcej metaforycznych znaczeń. W wypadku poezji można bowiem założyć, że autor miał na myśli jakąś metaforę, gdy pisał o kolorze firanek, bo to pasuje do ogólnej specyfiki liryki, rodzaju literarackiego pełnego przeróżnych zabiegów stylistycznych ze względu na poetycki język w niej zawarty. Jednak w wypadku prozy, opis firanek ma prawo mniej budzić instynkt ukrytych znaczeń, bo proza, co do zasady, wykorzystuje, pi razy drzwi, taki sam język, jakim mówimy.
A można założyć, że styl zerowy kina (taki bez przesadnych wymysłów artystycznych) oraz większość komiksów są bliższe prozie niż poezji pod względem tego, jak prowadzą narrację. Zresztą, narracja i poezja to dość dziwne połączenie, bo liryka co do zasady nie jest zbytnio i jak przedstawiają świat.
A nawet jeśli proza, film czy komiks wykorzystują bardziej artystyczne środki, nie robią tego na okrągło, by wszystko trzeba było rozumieć jako przenośnie.
Problem z metaforami w fantastyce wydaje się wynikać dodatkowo z pewnego przeświadczenia, że świat fantastyczny nie może funkcjonować jako osobne dzieło, którego przekaz jest dosłowny, ale typowy całkowicie sensowny jedynie w swoim własnym kontekście. Możemy powiedzieć za Majem, a on za Lindą Hutcheon: "To imperializm realistyczny!". Po prostu, oczekiwanie, że wszystko jest metaforą i nie można tego rozpatrywać (przynajmniej w kontekście świata) dosłownie, jest infantylizujące w stosunku do fantastyki, która dąży do tego, by stworzyć spójny wewnętrznie świat.
Gdy doszukujemy się metafory, traktujemy taki świat jako jedynie znaki, a nie świat możliwie bardziej rzeczywisty od rzeczywistości. Tak samo, jak chrześcijanin nie widzi w krzyżu dwóch linii, lecz Jezusa, tak samo taki ktoś, kto ciągle insynuuje, że fantastyka jest metaforą, może przestać widzieć dosłowne elementy dzieła, to, co w dziele jest napisane.
A co jest jednym z tych dosłownych elementów dzieła fantastycznego? Światotwórstwo. Dzieła fantastyczne (a w szczególności fantastyka allotopijna, taka egzomimetyczna) wymaga bowiem od autora stworzenia świata, który miałby sens jako świat dosłowny, a nie jedynie jakaś metafora.
Jeśli dopuścimy do siebie możliwość, że dany element w dziele nie jest metaforą czegoś, ale jest po prostu tym, czym jest, możemy przeanalizować to jako pomysł.
Tak jak mówiłem, Beastars to przede wszystkim realistyczne spojrzenie na społeczeństwa zwierząt, w którym łańcuch pokarmowy nie jest zamiatany pod dywan (jak to się dzieje w Zootopii), ale jest częścią codziennych dyskusji. Jeśli myślimy o tym jako o metaforze ludzkiego społeczeństwa, ten niezwykle ciekawy fakt może nam umknąć.
A więc warto, przynajmniej chwilowo, powstrzymać chęć do określania czegoś metaforą, by móc świeżym okiem spojrzeć na dzieło. W ten sposób właśnie można docenić światotwórczy kunszt i pomysłowość.
Ale czy nie można połączyć tych dwóch perspektyw: nie odrzucać całkowicie metafor, ale też zachować tą dosłowność? Oczywiście, ale nie jednocześnie. W jednym momencie można patrzeć w jeden sposób, a w drugim drugi. Myślę, że to też może pomóc w wypadku doszukiwania się metafor na siłę, bo konieczność myślenia o wydarzeniach z dzieła takich, jakimi są napisane, zdecydowanie powstrzyma dzikie zapędy niektórych metaforoholików.
Powiem więcej, ciekawszą perspektywą niż metafora jest to, jak dzieła odwzorowują pewne schematy. Bo w Beastars nie ma typowego rasizmu, lecz nieufność oparta na uzasadnionych obawach i reakcjach do nich; nie ma typowej hierarchii ras, gdzie roślinożercy albo mięsożercy raz za razem byliby przedstawiani jako ważniejsi... Ale są pewne sytuacje, które skądś musiały czerpać inspiracje.
Choć Legoshi nie jest gejem (choć rzeczywiście, czasami miewa niezłą chemię z Louisem, co sprawia, że niektórzy uznają go za osobę biseksualną, choć ja, jako fan przyjaźni męsko-męskiej w dziełach, odczytuję to jako zwyczajny bromance) jego sytuacja wciąż może być rozpatrywana przez teorię queerową, bo nie jest tak, że ta teoria działa tylko, jeśli ktoś jest częścią społeczności LGBTQ+, lecz opisuje ona różnego rodzaju nienormatywności, a zdecydowanie walka z naturalnymi instynktami (zarówno tym łowieckim, jak i instynktem ucieczki) nie jest tu normą.
Jeśli ktoś jednak się uprze, że to jest metafora czegoś..., no cóż, ja się nie zgodzę, ale o ile umie to sensownie wytłumaczyć, nie będę ich wyśmiewać. Po prostu się nie zgodzę z ich interpretacją, tak samo jak moja wykładowczyni od teatru nie zgodziła się z moją interpretacją (A)pollonii Warlikowskiego, która jednak była na tyle dobrze opracowana, że po prostu była różnica zdań, a nie źle wykonane zadanie.
Kłócić mogę się jedynie z takimi sytuacjami, gdzie mówiący wydaje się nawet nie próbować zrozumieć tekstu.
Perspektywa autora
Czas, żebym wypowiedział się, co ja myślę o metaforach jako osoba, która próbuje stać się pisarzem fantasy.
Otóż, ja piszę głównie fantastykę miejską (a więc literaturę antymimetyczną), więc bohaterowie żyją w świecie jak nasz... tylko że jest tam gdzieś ukryta magia itd. Oznacza to tyle, że bohaterowie mogą mieć podobny poziom świadomości o różnych rzeczach do nas, co pozwala również zauważać pewne cechy wspólne między znanymi wszystkim sferami życia i tymi fantastycznymi rzeczami. Jeśli spotka ich jakaś forma rasowej supremacji, nie zawahają się z porównaniem jej do chociażby faszyzmu, co sprawia, że dla mnie takich typowych metafor być nie może.
To, że (uwaga! spoiler do tego co piszę) ważnym faktem jest to, że niektóre moce są dziedziczne i są przekazywane z pokolenia na pokolenie, nawet jeśli nie ujawniały się od czasów rządów Napoleona, nie jest metaforą presji rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ale po prostu kolejną ich formą.
I tak będę traktować większość innych rzeczy fantastycznych: jako coś, co jednak jest możliwe do wpisania w znane nam kategorie i jako takie przez bohaterów dostrzegane. Teoretycznie, to nie będą metafory, bo nie będzie tu żadnych przenośni.
Ale będzie jeden wyjątek, który planuję. Magia, albo raczej czary, które będą mocno związane z tematyką ekologii, posthumanizmu itd. Prawdopodobnie nigdy nawiążę do tego wszystkiego bezpośrednio, więc to pozostanie metaforą...
I bardzo bym chciał, żeby moi czytelnicy tą metaforę jednak zauważyli.
Ale może kiedyś napiszę dzieło fantasy świata wtórnego i może wtedy będzie więcej metafor. Albo i jeszcze mniej!
Co sądzicie o moim dzisiejszym wywodzie? Czy zgadzacie się, że czasami metafora jakoś nie pasuje? Czy zgadzacie się ze mną, że tego przykładem jest Beastars? A może jednak uważacie, że tam są jakieś metafory? Jakie?
I co sądzicie o mojej zasadzie, że fantastykę powinno się najpierw przeanalizować dosłownie, nim spróbuje się metaforyzować?
Mam nadzieję, że ten wpis się wam podobał. Skomentujcie i udostępnijcie tego posta, by mój blog się rozwijał.
Do przeczytania
W trakcie tego wpisu wspomniałem teksty naukowe:
Eco Umberto (2012), Światy science fiction [w:] U. Eco, Po drugiej stronie lustra i inne eseje, przeł. J. Wajs, Wydawnictwo WAB, Warszawa.
Zgorzelski Andrzej (1999), SF jako pojęcie systemu historyczno-literackiego [w:] A. Zgorzelski, System i funkcja. Ustalenia metodologiczne i propozycje teoretycznoliterackie, Wydawnictwo Gdańskie, Gdańsk.
Komentarze
Prześlij komentarz