Czemu te elfy są jakieś takie gejowe? - Mniejszości a społeczeństwo boazeryjne

 Ohayo! a może Queens?

Witam w kolejnym wpisie na moim blogu.

Jak myślicie, co mają wspólnego ze sobą czarodzieje z Harry'ego Pottera, bezdomni z Rodziców chrzestnych z Tokyo, bohaterowie Amerykańskich aniołów, dzieci z dworca Zoo i mieszkańcy osobliwego domu pani Perengrine? Pewien badacz fantastyki miejskiej, Stefan Ekman, powiedziałby, że wszystkie te grupy istnieją na marginesie społecznym lub nawet poza nim.

I w sumie, to wyjaśnia, czemu wiele dzieł fantastyki współczesnej (dziejących się w dzisiejszych czasach, z obecnym społeczeństwem boazeryjnym), ma te boazerie ukształtowane w taki sposób, że nie trudno dojść do wniosku, że mamy do czynienia z queercodingiem albo innymi powiązaniami z mniejszościami.

I dzisiaj właśnie o tym: jak społeczeństwa boazeryjne wiążą się z prawdziwymi mniejszościami. I to nie chodzi jedynie o to, że metafory (czy też domniemane metafory, bo nie wszystko musi być metaforą), ale także pewne elementy, które mogą nam pomóc w światotwórstwie.

Literatura Niewidocznego

W swoim artykule, Urban fantasy - Literatura Niewidocznego, Ekman zauważa pewien podział świata w fantastyce miejskiej na to, co jest akceptowalne przez społeczeństwo, i to, co poza akceptowalne wykracza. Używa do tego pojęcia, którego genezę przypisuje Charles'owi de Lintowi, autorowi wielu książek urban fantasy. Chodzi mianowicie o rzeczywistość konsensualną.
Możemy bowiem dojść do pewnego konsensusu, jak wygląda nasza rzeczywistość w dzisiejszych czasach, co jest prawdziwe, a co nie. Dobrym przykładem do omawiania tego jest Świat Mroku, a dokładniej jego wycinek należący do magów, gdzie istnieje siła zwana Konsensusem, która decyduje, jak wygląda rzeczywistość, i jest ona wynikiem zbiorowej podświadomości ludzi. Konsensus jest tutaj dosłownie konsensusem.
Rzeczywistość konsensualna jest więc zjawiskiem, które wyklucza magię i inne zjawiska fantastyczne, przez co możemy mówić o Niewidocznym. Inny badacz, John Clute, w Encyclopedia of Fantasy, wyróżnił element poniekąd analogiczny dla Niewidocznego, społeczeństwo boazeryjne, ukryte społeczeństwo istot fantastycznych, mówiących zwierząt itd., które jednak znajduje się bardzo blisko tego normalnego życia. To społeczeństwo nie znajduje się bowiem nawet za przysłowiową ścianą, lecz jeszcze bliżej, w przysłowiowej boazerii.
Kategorie te są bardzo ważne w moim artykule, Fantastyka świata prymarnego, gdzie je ze sobą zestawiłem, przedstawiając je jako swoiste yin-yang, dwie strony tej samej monety, dwie połówki całości...
Przyznaję się jednak, że można by tą binarność trochę podburzyć, bo ekmanowski/delintowski konsensus to nie jedynie odrzucenie tego, co fantastyczne. Konsensus to nie jedynie stwierdzenie, że smoki nie istnieją. Konsensus taki to również opresyjna siła, model rzeczywistości, który odrzuca tych, którzy istnieją, ale są na marginesie. To "odmowa dostrzeżenia tego, co nadnaturalne i społecznie niepożądane zarazem" (Ekman, 24). W końcu to, co na marginesie, również jest w pewien sposób niewidoczne. Dlatego też poza rzeczywistość konsensualną trafiają postaci takie jak bezdomni.
I to nie tyle jest jakimś komentarzem społecznym, który mówi, że ignorujemy tą mniejszość w potrzebie, nie dopuszczamy do siebie możliwości ich istnienia w ten sam sposób, w jaki nie dopuszczamy istnienia wróżek... Nie, to może mieć znaczenie w dziele, bo, jak się okazuje, te mniejszością mogą być w kontakcie z tym, co magiczne.
Wszakże, jeśli wampir porwie jakiegoś bezdomnego, a jego kolega to zobaczy, kto mu uwierzy?
Jak pisze Ekman:

"W opowiadaniach de Linta ani fantastyczna, ani społeczna marginalizacja nie należy do konsensualnej rzeczywistości – obydwie mieszczą się raczej w świecie, którego nie można ani zobaczyć, ani pojąć. Ringel opisuje, że to w szczególności bezdomni mogą być «strażnikami magii, wybawicielami miast w których traktowani są jak wyrzutki». Ludzie żyjący na ulicy czy należący do kontrkultury często pojawiają się w fantastyce miejskiej, podobnie jak postaci mogące poruszać się między marginesem a centrum: postaci liminalne, takie jak artyści, muzycy, pisarze i, przede wszystkim, oficerowie śledczy opisywani przez Irvine’a i Young[]." (Ekman, 24)

A więc w fantastyce miejskiej podział na centrum i margines nie jest jedynie czymś, co wiąże się z jakimś komentarzem społecznym, ale także tym, że margines naprawdę ma bliżej do zjawisk fantastycznych.

Aż przypomina mi się Podmiasto, jedna z dzielnic w Mieście Mgły, kanały i sieć metra zamieszkane przez Marginalsów pod dowództwem Yasmin Farhat, rifterki Ereszkigal.

Kto siedzi na marginesie?

Żeby opowiedzieć więcej o tych grupach spychanych na margines, należy najpierw powiedzieć, o kogo chodzi.
W sumie, społeczeństwo może spychać na margines różne grupy społeczne. W zależności od kultury na dole społecznej drabiny znajdowali się ludzie pracujący ze śmiercią, rzeźnicy, kupcy itd.
W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z globalizacją, pewnego rodzaju ciągłą dominacją idei tak zwanego zachodu i jego wartości. Tym samym bardzo często możemy wyróżnić pewne grupy, które są marginalizowane:
  • bezdomnych (to wszędzie)
  • narkomanów i inne osoby uzależnione
  • pracowników seksualnych (prostytutki, striptizerski itd.)
  • członkowie gangów (takich jak yakuza, która zresztą powstała z najniższych grup społecznych w Japonii)
  • osoby z niepełnosprawnościami
  • osoby LGBTQ+
  • osoby innej rasy lub etniczności
  • kontrkultury
  • itd.
Grupy te mają to do siebie, że społeczeństwo najchętniej by je ignorowało, nie uznawało ich istnienia. Część z tych grup też się ukrywa, bo te tożsamości mogą być związane z napiętnowaniem. Na przykład, w Japonii nie zobaczymy bezdomnych, nie dlatego, że ich tam nie ma, ale dlatego, że się oni po prostu chowają. Podobnie zresztą możemy mówić o osobach LGBTQ+, które jeszcze nie dokonały coming outu.
Problemy tych grup są często zamiatane pod dywan, ich głosy uciszane i często powoduje to dalsze problemy. Na przykład, gdyby nie to, że HIV było chorobą gejów i narkomanów, być może badania nad tym wirusem, a tym samym lekami na niego, ruszyłyby wcześniej.

Jednakże w fikcji ten brak uwagi bywa przydatny. Niewidoczność sprawia, że mało kto interesuje się nimi, co daje im wolną rękę, by mieć powiązania z innymi grupami na marginesie. A społeczeństwo boazeryjne istnieje właśnie na marginesie.
Do tego, osadzenie tej ukrytej inności w albo przy grupie, która sama w sobie reprezentuje inność, podkreśla tą konspirację. Czytelnik, który nie należy do tej grupy, nie ma jak empirycznie sprawdzić, czy schizofrenicy z okolicznego psychiatryka nie są naprawdę magami, bezdomni koczujący pod Tesco nie ukrywają sekretnych przejść do krainy wróżek, a gang nie zawarł paktu z jakimś demonem.
Inność tych grup, która wyklucza normatywne spojrzenie na rzeczywistość, sprawia, że o wiele łatwiej jest wyjaśnić, czemu normalni ludzie nie są w stanie dostrzec tego, co się dzieje. To jest taka społeczna wersja Mgły...
To tak jak w Ludziach Godziny Dziesiątej Kinga, gdzie nietoperzoludzie są widziani jako nietoperzoludzie tylko dla osób, które doświadczają objawów odstawienia nikotyny. Nikt nie dowie się, czy ktoś jest nietoperzoczłekiem, jeśli nie spełni tych bardzo konkretnych, niekoniecznie łatwych do spełnienia warunków.

Boazeria jako mniejszość

Jednocześnie jednak społeczeństwo boazeryjne samo w sobie jest taką mniejszością, z tą różnicą, że za Chiny cesarskie nie chce ono się ujawnić przed światem. Jeśli by do tego doszło, przestaje ono już być społeczeństwem boazeryjnym.
Często są jeszcze jakieś dodatkowe powody, czemu nie można ujawniać istnienia istot fantastycznych przed normalnymi ludźmi:
  • Konsensus dosłownie potrafi zniszczyć maga (Mag: Wstąpienie)
  • łatwiej jest się żywić wampirom, jeśli ludzie o nich nie wiedzą (Wampir: Maskarada)
  • Mgła dosłownie na to nie pozwala (Miasto Mgły i wiele innych dzieł)
  • lęk przed polowaniem na czarownice
  • itd.
Tak więc mniejszości określane mianem niewidocznych i fantastyczne społeczeństwa boazeryjne znajdują się w mniej więcej takiej samej sytuacji - zmarginalizowane, przeżywające rzeczy, które nie są zrozumiałe dla ludzi spoza tej grupy.

I to sprawia, że, chcąc, nie chcąc, społeczeństwa boazeryjne zaczynają przypominać te grupy. Często możemy odnieść wrażenie, że bohaterowie fantastyczni stanowią metafory bycia LGBTQ+, niepełnosprawności czy innych mniejszości. Podkreślam, odnieść wrażenie, bo to, czy to jest zamierzony efekt pracy autora, czy też wynik naszych doświadczeń i przekonań, które przelewamy jako odbiorcy w odczyt dzieła, nie zawsze jest jasne.
Osobiście, ja staram się nie robić żadnych specjalnych metafor w dziele. Ale jakoś tą społeczność muszę zbudować. Więc patrzę na to, jak zbudowane są inne, podobne społeczności. I stąd biorą się pewne podobieństwa.
To tak samo jak z wilkołactwem czy wampiryzmem. Jeśli jakaś choroba jest widziana jako groźna i wiąże się z napiętnowaniem nosicieli, mamy wiele wyborów chorób z prawdziwej rzeczywistości, ale pierwszym, najsłynniejszym będzie prawdopodobnie ludzki wirus braku odporności (HIV) i wywoływany przez niego zespół nabytego braku odporności (AIDS). Z różnych dzieł możemy zobaczyć, jak wyglądało i nadal wygląda traktowanie osób seropozytywnych, więc możemy łatwo coś z tym pokombinować, nawet nieświadomie. A inne tego typu choroby, jak trąd, który we frazeologii jest jednoznaczny z napiętnowaniem, nie są już tak bliskie naszej wyobraźni.
I to robimy czasami nieświadomie. Nie planujemy metafory, czasami metafora może być niebezpieczna dla reszty dzieła (likantropia a HIV w Świecie Czarodziejów). A jednak skądś musimy czerpać inspirację, bo przecież nie jesteśmy w stanie stworzyć czegoś z kompletnie niczego.
I dlatego często społeczeństwa boazeryjne wydają się mieć wiele wspólnego z prawdziwymi mniejszościami. Chociażby dlatego, że często pozwalają one bohaterom żyjącymi w rzeczywistości konsensualnej poczuć się sobą, podobnie jak to się dzieje w społecznościach, które nie tylko akceptują inność, ale i są pełne osób takich jak one. Dosłownie, to się dzieje w Harrym Potterze.

LGBTQ+ jako modelowa mniejszość

Mniejszością, która jest najbardziej podobna do społeczeństw boazeryjnych, jest społeczność LGBTQ+. Mianowicie, jest to chyba jedna z niewielu mniejszości, które mają ukrywanie się zakodowane w życiorysie.
Osoby bezdomne mogą ukrywać to, że są bezdomne, ale nie muszą. Mogą od razu spróbować zgłosić swój stan bezdomności i poprosić o pomoc.
Niepełnosprawności także mogą być ukrywane, szczególnie gdy są one małe... Tylko że w mediach stosunkowo rzadko kiedy spotykamy się z niewidoczną niepełnosprawnością. To zazwyczaj ktoś na wózku, ktoś migający, ktoś z psem przewodnikiem itd.

Tymczasem osoby LGBTQ+ mają w siebie wpisane to, że muszą się ukrywać, przynajmniej przez jakiś czas. W końcu to, że ktoś ma inną orientację czy nie czuje się osobą płci, w której się urodził, nie jest oczywiste. Taki ktoś musi najpierw samemu dojść do wniosku, że tak się dzieje, a później zastanawiać, komu może powiedzieć. Albo czy w ogóle może o tym komuś powiedzieć.
I taki coming out jest też obecny w fantastyce miejskiej. Pamiętam, jak wielkim wydarzeniem (choć dziejącym się w miarę wcześnie w serii) było wyjawienie Trixie i Spudowi, że Jake jest smokiem. Ba! Simon z Darów Anioła trenował próby wyjawienia, że stał się wampirem, ćwicząc teksty z broszury o gejowskim coming oucie.
Zresztą, określenie "wyjście z szafy", używane w celu określenia wyjawienia swojej orientacji, może być łatwo przekształcone na użytek innych grup. Wiccanie w prawdziwym świecie używają określenia "wyjście z szafy na miotły" jako terminu na wyjawienie, że są czarownicami. Tymczasem w serialu Czysta Krew powiedzenie, że jest się wampirem, nosiło nazwę "wyjścia z trumny".
A jest jeszcze wiele różnych rodzajów szaf i czy innych małych pomieszczeń, z których można wyjść. Z czego "wychodzą" bohaterowie, kiedy mówią, że są wilkołakami, wróżkami, półbogami itd?

To, że bohaterowie muszą ukrywać swoje fantastyczne cechy, zastanawiać się, czy powinni mówić o tym najbliższym i przyjaciołom, sprawia, że bardzo łatwo uznać, że jest to queer coding albo metafora bycia queer.
Co nie do końca jest prawdziwe, bo często funkcjonuje w formie analogii. Przypominam jeszcze raz: Simon przygotowywał się, by powiedzieć mamie, że jest wampirem, korzystając z ulotki dla gejów. Nie dlatego, że Cassandra Clare uznała, że wampiryzm to metafora bycia gejem, ale dlatego, że istniało pewne podobieństwo. No i pewnie ulotki o coming oucie były jedną z niewielu rzeczy, które mogłyby jakkolwiek przygotować Simona na scenariusz, który miał mieć miejsce.

Jednocześnie jednak takie społeczności mogą zawierać rzeczy, które jak najbardziej nie wpisują się w to, jak wygląda społeczność LGBTQ+. Na przykład, jeśli bycie wampirem czy wilkołakiem jest dziedziczne, to będą obecne wątki rodzinnych sekretów, które z oczywistych względów nie wpasowują się w doświadczenia społeczności osób nieheteronormatywnych.
Boazeryjne społeczeństwo może również przypominać inne mniejszości, jak mniejszości rasowe (typowy rasizm fantastyczny), grupy uzależnione (bo, jakby nie patrzeć, wampiry są uzależnione od szkarłatnego trunku) czy też niektórych niepełnosprawnych, którzy stali się nimi w wypadku traumy (typowy atak wilkołaka w księżycową noc, którego efektami są późniejsze pytania o najlepszy szampon przeciw pchłom i kalendarz szczepień na wściekliznę).

Oczywiście, można jeszcze zainteresować się tym, jak wyglądają te społeczności, jak są zbudowane, jak tworzą wewnętrzne dialekty, w jaki sposób dbają one o swoje bezpieczeństwo, gdy zagrażają im osoby normatywne... To wszystko też można znaleźć, jeśli poczyta się (lub posłucha) o różnych mniejszościach.
Tak, znowu społeczność LGBTQ+, która musiała się ukrywać, a więc wykształciła swoje specyficzne sposoby, jest tu dobrym wzorcem. Kojarzycie może "przyjaciół Dorotki/Dorothy" albo może to, że lesbijki malowały jeden z paznokci u dłoni innym kolorem? To były właśnie subtelne metody rozpoznawania swoich (osób z wewnątrz danej grupy) w ten sposób, by osoby spoza niej nie dowiedziały się o tym.
Jednocześnie jednak są także i inne grupy, którymi można się zainspirować. Wiadomo, może nie w kwestii ukrywania się, ale na przykład tego, jak budowana jest społeczność, jakie udogodnienia są... Na przykład, dla wilkołaków sensownym byłoby robienie deserów nie zawierających czekolady. Z kolei przyjazne dla wróżek miejsca powinny nie zawierać dużych ilości żelaza (czyli na przykład budynki nie z żel-betonu). Takie udogodnienia mogą przywodzić na myśl udogodnienia dla osób z niepełnosprawnościami, alergiami czy innymi chorobami.

Mniejszości jako strażnicy fantastycznego

Skoro już powiedziałem trochę o tym, jak społeczeństwo boazeryjne może wzorować się na prawdziwych mniejszościach, warto wspomnieć także o tym, że mniejszości mogą również stanowić strażników tego, co fantastyczne.
Tak jak mówiłem, te mniejszości, które pozostają niejako niewidoczne dla społeczeństwa, często w fikcji stanowią swoistych strażników paranormalnych zjawisk. Zazwyczaj bowiem są tam, gdzie nikt normalny się nie zapuszcza. Wiecie, jeśli po sieci metra grasuje banda wampirów, prawdopodobnie bezdomni zamieszkujący te tunele mogą coś wiedzieć.
Często również osoby, które zaglądają w takie miejsca, gdzie nikt inny nie zagląda, również stają się takimi strażnikami. Na przykład policjanci, którzy z racji pracy potrafią zapuszczać się w naprawdę nieprzyjemne tereny, bardzo często stają się takimi strażnikami.
Motyw okultystycznego detektywa jest zresztą jednym z głównych wątków powtarzają się w urban fantasy.

Jednakże w szczególności ciekawą, a co więcej, intuicyjną mniejszością, z której można uczynić takich strażników, są osoby innej rasy czy etniczności. A dokładniej mówiąc, z grup, które cechują się inną religijnością.
I nie chcę tu wkraczać w żadne orientalizujące, stereotypizujące historie. To po prostu trzyma się kupy, jeśli ze zjawiskami z danego folkloru będą związani ludzie z danej grupy. Ileż to się naczytałem artykułów naukowych, gdzie ciągle powtarza się, że w dziełach o wendigo brakuje ludzi z plemion algonkińskich! A wystarczyłoby zwiększyć ilość algonkińskich bohaterów!
Możemy znaleźć całkiem sporo bohaterów wywodzących się z danej kultury i muszących się zmierzyć z istotami z tego folkloru. Jakby nie patrzeć, całkiem sporo osób  
Do tego warto dodać, że postaci takie jak Jake Long, Jagoda Lee czy Mercy Thompson, choć wszyscy mają taką nienormatywną względem tak zwanego "Zachodu" tożsamość etniczną, ich role jako strażników magicznych zjawisk nie są ograniczone jedynie do tradycji, z których się wywodzą. Niemniej można uznać, że te tradycje są dobrym punktem wyjścia.

Ale na czym ta nienormatywność polega? Cóż, to wynika z eurocentrycznego obrazu normatywnej osoby, wywodzącego się jeszcze z czasów kolonialnych, jako białego chrześcijanina, w zależności od regionu katolika albo protestanta. Osoby, które nie wpisują się w ten schemat, od razu są kimś innym. Niosą inne historie, tradycje, legendy... Przez to też wydają się niebezpieczni... ale i egzotyczni.
Oczywiście, to trochę jest amerykańskie spojrzenie, bo europejskie wydaje się bardziej zniuansowane... To, co egzotyczne, może zaczynać się już za granicą. Bo czy elementy celtyckie albo germańskie w Polsce nie wydawać się będą czymś niezwykłym, egzotycznym? Albo mitologia Basków, tajemniczy folklor z jednego z rejonów Hiszpanii?
W każdym razie, chodzi tu o grupy etniczne, które swoją odmiennością kulturową wprowadzają elementy intruzywne. Zresztą, nasze rodzime legendy również mogą funkcjonować jako elementy intruzywne względem porządku świata opartego na logice, nauce i technologii, jednak elementy z innych folklorów są intruzywne także w oparciu o to, że w oczywisty sposób są innymi folklorami.

Co z tym kościołem?

A skoro mowa o intruzywności względem naukowego porządku świata, warto wspomnieć o tym, po której stronie znajduje się kościół. Choć bowiem nie można kościoła nazwać mniejszością, a co dopiero czymś niewidocznym, to kościół również ma pewną rolę w tym podziale na konsensus i boazerię.
W końcu przecież anioły, demony i inne elementy religijne również mogłyby zostać uznane za część boazerii. Wiara w zjawiska nadprzyrodzone jest bowiem nieodzowną częścią chrześcijaństwa.
Tym samym kościół może również pełnić rolę takiego strażnika elementów fantastycznych w świecie...

Ale również, paradoksalnie może on stanowić siłę utwierdzającą konsensus. Bo przecież kościół był poniekąd tą siłą, która bardzo starała się wyprzeć wszelkie zabobony i przesądy. Tym samym przyczynił się do powstawania konsensualnej rzeczywistości, w której nie ma już miejsca na wiele elementów, które uznajemy za fantastykę. Szczególnie więc antagonistycznie może wyglądać relacja kościoła z elementami fantastyki pozaeuropejskiej, gdyż tam o wiele częściej nie doszło do nachodzenia na siebie wierzeń chrześcijańskich i przedchrześcijańskich.
No i całe to palenie czarownic... Nie to, żeby palenia czarownic działy się zbyt często, jednak jest to pewien symbol.

A więc kościół, zazwyczaj Kościół Katolicki, może pełnić funkcję zarówno wrogą wobec boazerii, jak i stanowić jej strażników.
Wszystko zależy od tego, jak autor poprowadzi te wątki.

I na tym już chyba zakończę.
Mniejszości mogą okazać się ważnym elementem w fantastyce miejskiej i współczesnej. Mogą one stanowić model, na którym wzorujemy społeczeństwo boazeryjne, ale także i stanowić strażników takich boazerii. Warto więc trochę się o nich dowiedzieć.

Mam nadzieję, że ten wpis się wam spodobał. Skomentujcie i udostępnijcie tego posta, by mój blog się rozwijał. (I żebym wiedział, że nie czytają mnie jedynie singapurskie boty... Czemu Singapur?)
Do przeczytania!

Bibliografia

  • Clute John (1997), Wainscots [w:] Encyclopedia of Fantasy, red. J. Clute, J. Grant, https://sf-encyclopedia.com/fe/wainscots [dostęp: 24.06.2026].
  • Dąbrowski Rafał (2025), Fantastyka świata prymarnego, „Zagadnienia Rodzajów Literackich”, nr 1 (68).
  • Ekman Stefan (2018), Urban Fantasy — Literatura Niewidocznego, przeł. M. Wąsowicz, „Creatio Fantastica” nr 1 (58).

Komentarze

Popularne posty