Amerykańskie przedmieścia bywają groźne! Nawet bez dinozaurów! - Recenzja "Końca ulicy Dębowej"
Ohayo! a może Flowervale!
Witam w kolejnym wpisie na moim blogu. Dopiero co zdążyłem wrócić z kina, bo poszedłem na film, który bardzo chciałem obejrzeć. Jak bowiem mogliście zauważyć, jeśli obserwujecie mojego bloga na bieżąco, jestem trochę takim paleogeekiem. Choć mam wykształcenie kulturoznawcze, nadal jarają mnie dinozaury.
A więc, gdy usłyszałem, że w sierpniu ma premierę "Koniec ulicy Dębowej", nie mogłem nie pójść do kina!
A do tego postanowiłem podzielić się moimi opiniami. Zapraszam więc na moją recenzję tego filmu!
Czym jest "Koniec ulicy Dębowej"?
"Koniec ulicy Dębowej" jest filmem w reżyserii Davida Roberta Mitchella (który odpowiada również za scenariusz).
Film opowiada o rodzinie Plattów, która z 1982 zostaje wysłana w przeszłość do czasów mezozoicznych. Ale nie zostają oni wysłani sami! Nie, cała okolica, tytułowy koniec ulicy Dębowej trafia do bliżej nieokreślonego czasu w mezozoiku.
A czemu zostają wysłani? Powodów tu nie warto szukać, ale przyczyny okazują się całkiem jasne: wormhole'e, portale czasoprzestrzenne (choć ta podróż w przestrzeni jest całkiem ograniczona). Cała dzielnica po prostu została objęta tymże portalem (w formie wielkiej, świecącej kuli) i zamieniła się miejscami kawałkiem świata prehistorycznego.
No i teraz rodzina musi razem przeżyć to, że ankylozaury rozgryzają ogródki, raptory ścigają sąsiadów, a zauropody dorwały się do ciężarówki z lodami!
A rodzina Plattów jest całkiem ciekawa:
- Denise (grana przez Anne Hathaway) - matka rodziny, początkująca pisarka, która pisze książkę o kobiecie, która chciała odejść od swojego męża (nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo jest ona podobna do swojej bohaterki)
- Greg (Ewan McGregor) - ojciec rodziny, który dorabia sobie rozwożąc pizzę... W rzeczywistości został zwolniony ze swojej stałej pracy, więc jest to jego jedyna praca, choć ukrywa to przed rodziną.
- Audrey (Maisy Stella) - córka, szykująca się powoli do college'u, fanka Carla Sagana
- Brian (Christian Covery) - syn, typowy dzieciak, któremu zaczynają podobać się dziewczyny, a w szczególności nowa sąsiadka, Jeanette Christansenn. Chodzi po okolicy z łukiem, a do tego uwielbia swojego psa.
- Starbuck - pies rodziny, uwielbiany przez Briana. Przeżywa raptory, krokodyle i pterodaktyle.
I szczerze mówiąc, przeżycie jest tu bardzo ważnym aspektem. W ciągu pierwszego dnia wydarzeń, umiera chyba większość sąsiadów. I to od pierwszych, lepszych raptorów, które wyglądają jak skrzyżowanie strusia z maszyną do zabijania.
I w sumie, częściowo skala tej rzezi staje się miejscami komiczna. Na przykład w drugiej połowie filmu w tle zdarza się widzieć sceny pościgu jakichś dinozaurów za ludźmi, co jednocześnie jest przerażające i przypomina pościg ze Scooby-Doo.
Zresztą, ten film ma więcej dinozaurów (i nie tylko dinozaurów) niż Park Jurajski! Mamy tu:
- allozaura
- ankylozaury
- gajainie
- pterozaury (różnej maści)
- raptory (albo troodony)
- spinozaura
- stegozaury
- wielkiego krokodyla (deinosucha?)
- wielkiego węża (titanoboa? choć to zwierzę z wczesnego kenozoiku, nie mezozoiku)
- wielkie żółwie, które nie chciały zejść z drogi
- zauropody
I naprawdę, te dinozaury są przepiękne! Tak piękne, jak to tylko możliwe u zwierząt, które co najmniej połowę czasu spędzonego w filmie próbują zjeść ludzi! Oczywiście, nie wszystkie, ale nadal są groźne.
I co najważniejsze, dużo z nich ma pióra! To znaczy, pióra są u raptorów, ale także u allozaura i u zauropodów. Jest to naprawdę bardzo ciekawy widok.
Zresztą, wiele dinozaurów można tu określić mistrzami drugiego planu, bo pojawiają się gdzieś w tle albo w krótkich momentach, gdy nie obserwujemy rodziny Plattów. I te momenty to prawdziwe złoto komedii. Komedii opartej na intruzywności, takiej jak wielki wąż w basenie, ankylozaur podgryzający rabatki czy zauropody, które znalazły lody. Takie momenty po prostu pokazują życie tych stworzeń, które trafiły nagle do świata w miarę nam współczesnego.
Och! I nie można nie wspomnieć o genialnej scenie seksu! Wyobraźcie sobie bowiem, że w pewnym momencie Denise i Greg odchodzą na bok... i znajdują parę zauropodów uprawiających seks i przy okazji niszczących czyjś dom, bo się o niego opierają!
Ta komedia w niczym nie umniejsza horrorowi reszty filmu. Zresztą, w tle można także znaleźć całkiem sporo ludzkich ciał, które od czasu do czasu są podjadane przez padlinożerców. Och! I chyba w jednej z gór łajna można było znaleźć pozostałości czyjejś koszuli, więc, wiecie...
Ale ten film zdecydowanie nie jest przesadnie brutalny. Nie ma tu gore. A gdy jednemu z bohaterów coś odgryzło nogę, zdecydowanie było aż za mało krwi (mówiąc z biologicznego punktu widzenia).
A więc, ten film, mimo może kilku przekleństw, jest całkiem dobry do oglądania z rodziną. Pod względem straszności, jest tak gdzieś mniej więcej między Parkiem Jurajskim (filmem) a Parkiem Jurajskim (książką).
Choć zakończenie może okazać się moralnie wątpliwe.
Amerykańskie przedmieścia, czyli oda do utraconych snów
Zazwyczaj, gdy piszę jakąś recenzję, dodaję do niej jakieś małe case study. Czasami porozmawiam o światotwórstwie, czasami o jakichś wątkach...
Dziś chciałbym porozmawiać trochę o miejscu akcji. Ale nie tyle o miejscu akcji w ogóle, ale o tym konkretnym rodzaju miejsca akcji: amerykańskim przedmieściu.
Przedmieścia, takie jak są ukazane w tym filmie, są czymś unikatowo amerykańskim. Te jednorodzinne domki umiejscowione w szeregach po obu stronach ulicy nie są bowiem widokiem, który byśmy mogli skojarzyć z naszymi stronami. Dosłownie, sprawdziłem, jak wyglądają osiedla na przedmieściach różnych miast, i nie znalazłem nic, co przypominałoby przedmieścia amerykańskie.
I poniekąd jest to związane z tym, czym są amerykańskie przedmieścia. To oznaka statusu, ale także i symbol Amerykańskiego Snu. Dosłownie, przedmieścia wiążą się z jednym z najlepszych momentów w historii Ameryki. Gdy bowiem zakończyła się Druga Wojna Światowa, Ameryka mocno odżyła gospodarczo. To właśnie wtedy, jak głosiły pogłoski, każdy Amerykanin mógł sobie pozwolić na kupno domu. Z tego powodu zbudowano mnóstwo domów.
A gdzie? Na przedmieściach!
A gdzie? Na przedmieściach!
Jakich domów? No, właśnie takich w miarę do siebie podobnych, jednorodzinnych, z ogródkiem.
Dlatego właśnie te domy są oznaką sukcesu w Ameryce! Jeśli masz taki dom, to znaczy, że ci się w życiu udało. Spełniłeś ten American Dream!
Do tego dochodzi jeszcze inne amerykańskie powiedzenie, czy "picked fence dream", dosłownie marzenie o płocie sztachetowym. Oznacza ono wyidealizowaną wersję życia na przedmieściach, z rodziną nuklearną (mąż, żona i dwójka dzieci), spokojną, ale szczęśliwą.
I taki wizerunek Ameryki jest nam wszystkim sprzedawany już od początku lat 50. (sit-com Kocham Lucy miał premierę w 1951 roku)! Mniej więcej takie same wyobrażenia przedstawiają znane nam kreskówki jak Flintstonowie czy Jetsonowie, nawet jeśli dzieją się w czasach prehistorycznych czy w dalekiej przyszłości!
A nawet jeśli to nie jest sielanka, to i tak wiele dzieł amerykańskich dzieje się właśnie na przedmieściach. Pomyślmy o większości horrorów... Jeśli akcja nie dzieje się na letnim obozie (co jest też popularnym wątkiem) albo na kampusie, niemal zawsze znajdziemy bohaterów w domach na przedmieściach.
Chyba jedynym takim miejskim klasykiem horroru jest Candyman, ale to jest historia mocno związana z Chicago, a nawet i konkretną grupą, która zbytnio nie była uwzględniana w tym całym Amerykańskim Śnie.
Ogólnie, mieszkanie wewnątrz miasta, na przykład w bloku, wydaje się w amerykańskiej popkulturze mniej nacechowane pozytywnie. Miejskie życie jest bowiem mniej wyidealizowane przez popkulturę. Trudno bowiem wyidealizować coś, gdy widzi się jasne problemy i ludzi z ich powodu cierpiących.
Do tego dochodzi jeszcze kwestia szans. Tak, wielkie miasto to szansa, ale równie dobrze wielkie miasto może okazać się zderzeniem American Dream z rzeczywistością, w którym to pierwsze rozpaćkowuje się niczym zgniły pomidor rzucony na pędzącą ciężarówkę. Te wielkie szanse obiecywane przez Amerykański Sen okazują się jedynie snami, a rzeczywistość nie tylko sprowadza często ludzi na ziemię, lecz czasami wręcz sprowadza ich na dno.
Ale jest tu jeszcze jedna kwestia. To nie jest całkowicie współczesne przedmieście. Plattowie są z 1982 roku, czyli wydarzenia "Końca ulicy Dębowej" działy się 44 lata temu. Ma to znaczenie, bo od lat 80. podejście do wspólnoty się bardzo zmieniło. Obecnie poczucie wspólnoty jest o wiele mniejsze niż niegdyś. Dzieje się to też w innych krajach, jednakże Ameryka ze swoim wybitnym indywidualizmem byłaby tego szczególnym przykładem.
Nie mogę podać dokładnej daty, gdy nastąpiła erozja tej wspólnotowości. Mogło być ku temu naprawdę wiele powodów, zaczynając od złotej ery seryjnych morderców, o których wiadomości zaczęły przechodzić do mainstreamu, trwającej od lat 80. paniki satanistycznej czy też nawet o wiele późniejszych zmian gospodarczych. Nie wiem, to tylko moje spekulacje, ale fakt jest taki, że kiedyś sąsiedzi o wiele chętniej tworzyli ze sobą wspólnotę, podczas gdy dziś już nie za bardzo.
No i dochodzi jeszcze słynny fakt nostalgii za latami 80.! Wielu twórców obecnych dzieł przeżywało dzieciństwo i lata dorastania właśnie w latach 80., więc trochę idealizują te czasy. Sam reżyser "Końca ulicy Dębowej" urodził się w 1974 roku, więc jego dzieciństwo i wczesne czasy nastoletnie przypadają na te lata.
Choć zdecydowanie też lata 80. w Ameryce były czasami o wiele lepszymi dla dzieci. Mogły one bowiem wtedy bez większych problemów chodzić po okolicy, bez obaw przed strzelaninami, porwaniami i innymi rzeczami, które nam się nie mieszczą w głowach.
A więc przedmieścia w latach 80. były wręcz symbolem sielanki! Wizją perfekcyjnego, amerykańskiego społeczeństwa, które w tym filmie zostaje zaburzone, gdy pojawiają się dinozaury!
Czy David Robert Mitchell tak to wszystko rozplanował? Nie wiem. Być może zrobił to odruchowo, jednak efekt jest ten sam.
Ogólnie, "Koniec ulicy Dębowej" jest całkiem dobrym filmem. Dinozaury są całkiem dobre (choć niektóre może aż zbyt pierzaste, ale jest to nadal miła odmiana od przesadnie gołych dinozaurów początku wieku) i naprawdę cudownie ukazane w tym nowym, dziwnym dla nich środowisku. Historia rodziny jest całkiem dobra, choć naprawdę brakowało mi pewnych wątków ze strony dzieci...
Zakończenie jest fajne, po prostu happy end, o ile tylko nie zacznie się go zbyt dokładnie analizować, przez co staje się wtedy moralnym koszmarkiem.
8,5/10!
Mam nadzieję, że ten film stanie się godnym następcą Parku Jurajskiego i na jego historii wyrośnie nowe pokolenie paleogeeków.
A wy, czy już obejrzeliście "Koniec ulicy Dębowej"? Jakie są wasze opinie? Napiszcie w komentarzu!
Do przeczytania!



Komentarze
Prześlij komentarz