Czyli wszyscy tu noszą fedory? - O Planetach Kapeluszy i różnorodności wewnątrz fikcyjnych kultur
Ohayo! a może Berlin!
Witajcie w kolejnym wpisie na moim blogu. Dzisiejszy post na pewno publikowany już w okresie wakacyjnym (choć piszę go jeszcze w maju). Czy w tym roku mam jakieś pomysły na wpisy wakacyjne? Może, trochę, choć nie wiem, czy uda mi się urządzić z tego taki wakacyjny maraton, jak w zeszłych latach...
Ale dziś zdecydowanie będzie trochę o podróżach. I to nie byle jakich, bo na obce planety... Planety, gdzie wszyscy noszą kapelusze!
Dobra, to nie będzie wpis o podróżach międzyplanetarnych, ale o czymś, co nazywa się planetą kapeluszy, i o tym, do jakiego stopnia jest to złe.
A więc przygotujcie swoje najlepsze kapelusze, sombrero, fedory, fezy czy cokolwiek tam macie, bo dziś wyruszamy omówić planetę kapeluszy!
Czym jest planeta kapeluszy?
Planeta kapeluszy to tłumaczenie angielskiego, Planet of Hats, które jest nazwą motywu, który opisuje monokultury. Mówiąc monokultury, mam na myśli przypadki, gdy wszyscy przedstawiciele danej kultury mogą być podsumowani poprzez jedną cechę, którą mają wszyscy.
To jest tak, jakby ktoś przyleciał na planetę i podsumował jej mieszkańców słowami "wszyscy noszą kapelusze". To jest ich cecha wyróżniająca i to warto o nich wiedzieć. I tylko to.
Oczywiście, to nie musi być jedynie przykład dotyczący mieszkańców danych planet. To mogą być również mieszkańcy danych miast, państw, krain, przedstawiciele danych ras czy organizacji.
I oto jest pytanie: czy to jest złe?
Najpierw rozważmy negatywy. Przede wszystkim, jeśli cała kultura jest opisana jedną cechą, nie jest to z pewnością kultura rozwinięta przez autora. Stwierdzenie, że "wszyscy noszą kapelusze" nie mówi bowiem o danej kulturze zbyt wiele. Opisana tak kultura jest równie głęboka, co wyschnięta kałuża, a tego zbytnio nie chcemy od światotwórstwa.
Dochodzi do tego także fakt, że taka jednowymiarowość może wiązać się także ze stereotypami. Stereotypy bowiem stanowią nałożenie jakiejś zazwyczaj jedno- czy dwuwymiarowej łatki na całą grupę, tym samym sprowadzając ją do czegoś mniejszego niż są jej członkowie.
To zaś z kolei wiąże się z orientalizmem, który często używał stereotypów, które były niczym hiperbole rzeczywistych elementów. Chociażby, tak, w prawie arabskim (albo chyba nawet w Koranie) jest mowa o ucinaniu rąk złodziejom... Ale to nie działo się od razu, jak w Aladynie! Trzeba było najpierw pójść do sądu i to dopiero sąd mógł wymierzyć tą karę. Mógł, ale nie musiał.
Oczywiście, orientalizm też wiązał się z przekłamaniami, jak chociażby tym, jak wyglądała moda w haremach. Czemu? Bo europejscy podróżnicy (to znaczy, europejscy mężczyźni) nie mogli przecież na własne oczy zobaczyć, jak wyglądają haremy (chyba że ich pozbawiono "rodowych klejnotów", czego raczej nie robiono gościom), więc po prostu zmyślali.
Ale i tak takie orientalistyczne twierdzenia przyjmują formy "wszyscy", "zawsze" itd. Pozostaje mało, jeśli w ogóle, miejsca na różnorodność i niuanse wewnątrz grupy.
Tylko czy taka jednowymiarowość musi być zła?
Logicznie rzecz biorąc, wydaje się, że odpowiedź powinna brzmieć "tak". Tylko że nie.
Planeta kapeluszy może być dobrym wyjściem, gdy fabuła nie wymaga zbyt wielkiej wiedzy o danej grupie. Jeśli bohaterowie wracają z planety Blorb i powiedzą, że Blorbanie są inteligentnymi glutami, odbiorca nie musi dowiadywać się o nich niczego więcej. Szczególnie, jeśli Blorbanie pozostaną makaronowym incydentem, czymś nie pokazywanym, czymś nieobecnym w fabule z wyjątkiem werbalnego wspominania ich.
Bo czemu mielibyśmy się dowiadywać więcej o grupie, która nie pojawi się osobiście w dziele.
Innym przykładem jest też historia z wieloma różnymi kulturami. Jeśli w ciągu serii bohaterowie przylatują na nową planetę/przypływają na nową wyspę/przybywają do nowej wioski albo do nowego kraju średnio raz na 1,5 odcinka (a to tylko dlatego, że czasami wraca się do starych miejsc, więc wyciągnięta zostaje średnia), trudno oczekiwać, że każde z tych miejsc będzie równie dobrze opisane.
Wystarczy spojrzeć na odcinki Doktora Who. Skupmy się może, powiedzmy, na czwartym sezonie odnowionej serii (czyli pierwszym sezonie 10. Doktora, czyli tego granego przez Matta Smitha). W czasie 11 odcinków (bo nie chciało mi się patrzeć na finałowe dwa odcinki), Doktor i jego kompani odwiedzili różne 2 pozaziemskie lokacje, 3 miejsca na ziemi w przeszłości, spotkali ponad 8 różnych ras kosmitów (z czego jakieś 3 znane w wcześniejszych odcinków). Biorąc pod uwagę, że są dwie historie zajmujące po 2 odcinki, stanowi to prawie 1 gatunek kosmitów na historię (bo odcinek Lokator technicznie nie miał żadnych kosmitów, a jedynie statek kosmiczny). Racja, Dalekowie, Płaczące Anioły czy Silurianie (choć oni technicznie są Ziemianami, tylko że z Wnętrza Ziemi) są bardziej rozwinięci niż taki wieloryb, na którym znajduje się statek kosmiczny Wielkiej Brytanii, ale nawet te grupy nie są jakoś wybitnie rozwinięte w lore. Spędzamy z nimi tylko tyle czasu, by wiedzieć:
- czym są?
- czego chcą?
- jakie stanowią zagrożenie?
Stosunkowo mało w nich wszystkich widzimy jednostkowości i wewnętrznej różnorodności. Chyba Silurianie wypadają najlepiej, ale być może to dlatego, że w późniejszych sezonach pojawiają się bardziej Silurianie, którzy są osobami, a nie po prostu Silurianami i niczym więcej.
Do tego dochodzi także to, że każdą kulturę można opisać, jednocześnie ją ujednolicając. Czerwona (Red) z Overly Sarcastic Production określa to mianem kapelusza (albo czapki, bo jedno i drugie można przetłumaczyć na angielskie "hat").
Tworząc kulturę, warto przemyśleć jakiś krótki opis tejże kultury. Kim są? Co lubią? Jak walczą? Na czym polega ich religia lub/i filozofia? Takie rzeczy.
Chcemy, żeby każda z tych kultur niosła ze sobą poczucie bycia w miarę unikatową. Nie chcemy przecież królestwa A, królestwa B itd.
Nawet jeśli Bretonia i Imperium w Warhammerze są podobne, chociażby ze względu na bycie krajami ludzi, to różnice między nimi są wyraźne. To samo można powiedzieć o elfach. Asurowie z Ulthuanu są zupełnie odmienni od druchi z Nagaroth czy asrai z Athel Loren. A wszystkie te różnice pochodzą już z poziomu całościowego opisu każde z tych frakcji.
I takie coś jest o krok od stania się przypadkiem planety kapeluszy, gdzie noszenie kapeluszy to po prostu wpisywanie się w ogólną wizję danej kultury. Oczywiście, przypadek Warhammera, a więc dzieła zaczynającego jako gra bitewna, gdzie indywidualne myślenie jednostek jest raczej czymś rzadko branym pod uwagę, jest specyficzny. Jeśli już, jakakolwiek unikatowość może brać się od dowódcy. Oto kilka przykładów:
- Durthu jest drzewcem i to dość wkurzonym (jak kobiety w leju po Polsce), więc to oczywiste, że prowadzona przez niego armia będzie zupełnie inna niż ta pod dowództwem Oriona czy Arahan i Naestry.
- Morathi jest przywódczynią Kultu Rozkoszy (patrz: kultu Slaanesha), więc jej cele będą inne niż chociażby jej syna/kochanka, Malekitha, który zakazał tegoż kultu.
- Arkhan Czarny jest sojusznikiem Nagasha, podczas gdy cała reszta Królów Grobowców jest bardzo przeciwko Nagashowi.
Jednakże można działania tychże dowódców można wpisać jako po prostu typowe dla ich podfrakcji (tudzież frakcji, bo te większe kategorie noszą miana ras, co nie zawsze jest też prawidłowe, bo w ramach tych ras występują bardzo różne istoty).
W dziełach bardziej skupionych na historii, o wiele bardziej widać będzie jednostkowe działanie bohaterów. Działanie to może bardziej lub mniej wpisywać się w te schematy...
Różnorodność wewnątrz kultury
Jak pewnie już zauważyliście, w trakcie tego wpisu kilkukrotnie użyłem słowa "różnorodność". Bo na tym właśnie polega planeta kapeluszy... Albo raczej, na braku tego.
Planeta kapeluszy to sytuacja, w której kultura nie jest wewnętrznie zniuansowana, nie ma wewnątrz niej zróżnicowania idei, ról i charakterów. Każdy elf jest taki, każdy krasnolud jest taki.
Nie ma problemu w tym, że w uogólnionej perspektywie możemy mówić o jakieś grupie, ale im bliżej się jej przyjrzymy, tym bardziej powinniśmy móc widzieć w jej szeregach różnorodne osoby. To, że elfy są grupą lubiącą naturę, łucznictwo i magię, nie oznacza, że poglądy na naturę każdego z nich są takie same, że każdy z nich jest tak samo genialnym łucznikiem albo magiem.
Planeta kapeluszy jest więc po prostu niedopracowaniem światotwórstwa i tworzenia postaci. Bo tak naprawdę dopóki nie zacznie się mówić o poszczególnych bohaterach, trudno jest mówić o tym, czy dana kultura to planeta kapeluszy czy nie.
Jeśli nie ma postaci z danej grupy, które widzimy bliżej, trudno do końca powiedzieć, jak bardzo wpisują się oni w daną kulturę.
Czasami jest to wykorzystywane celowo. Armia zergów czy innych istot, których jednostkowość nie tylko nie jest ważna, ale jest wręcz wbrew temu, czym mają one być, jak najbardziej będzie chciała sprawiać wrażenie planety kapeluszy, gdzie wszyscy mogą być opisani tymi samymi cechami.
Tylko że u ludzi i innych istot, które mamy traktować jak ludzi, chce się tej jednostkowości, a więc, przy jakiejkolwiek możliwości, warto trochę rozmyć to wrażenie.
3P, czyli jak wchodzić w relację z normami kulturowymi.
Przejdźmy teraz do tego, jak można uniknąć planety kapeluszy.
Niektórzy próbowali znaleźć sposoby, jak zapewnić, żeby nie wyszła nam planeta kapeluszy. Na przykład, na kanale Overly Sarcastic radzą, aby zacząć od podstaw, co oczywiście wiązać się będzie z koniecznością dywersyfikacji wewnątrz grupy, bo żadne normalne społeczeństwo nie składa się z samych wojowników albo górników. W funkcjonującym społeczeństwie potrzebne są bowiem równe zawody, co przynajmniej częściowo odwodzi nas od tego, by uczynić wszystkich przedstawicieli danej kultury takimi samymi.
Na oficjalnym kanale World Anvil radzą z kolei wykorzystanie któregoś z czterech sposobów:
- subwersji znanych motywów kojarzonych z danymi kulturami - co sprawia, że dana kultura przynajmniej nie zakłada tej samej, starej czapki, którą zakładały krasnoludy z czasów Tolkiena
- zróżnicowania kultur poprzez izolacje i różnice geograficzne - po prostu stworzenie różnic wewnątrz kultur poprzez podział ich na mniejsze kultury, trochę jak dzieje się to z elfami w Warhammerze (leśne z lasu Athel Loren, wysokie z Ulthuanu i mroczne z Naggaroth)
- utworzenie wielu postaci z danej kultury i pokazanie ich celów wspólnych i osobistych
- stworzenie odmieńca - pokazanie postaci, która jest wbrew normom kulturowym danej grupy, co pokazuje granice tychże norm. Na przykład Cudo Tyłeczek jest dziwną krasnoludkom, która pozwala sobie na bycie kobiecą w sposób typowy dla ludzi: goli brodę, nosi makijaż itd.
Mój pomysł jednak wynika z czegoś innego. Otóż każda kultura ma pewne oczekiwania od osób, pewne role, które powinny być spełniane przez jej członków... a przynajmniej tak nakazuje kultura.
Widać to całkiem dobrze na przykładzie 3P, które opisała Veroncia Lynn Schmidt w swojej książce 45 Master Characters. Według tych zasad mężczyzna powinien prezentować swoje dokonania (perform), dostarczać rodzinie (provide) i bronić innych (protect).
Problem jednak jest taki, że w rzeczywistości nie każdy jest w stanie spełnić każdego z tych ideałów męskości. Każdy z 6 archetypów męskich (powiedzmy, że połączyłem archetypy bohaterów i złoczyńców) może być opisany poprzez relację z jednym lub kilkoma z tych oczekiwań, czasami poprzez spełnianie ich, wymaganie ich, ale także i sprzeciw lub niemoc w ich spełnianiu.
Przykładowo, Obrońca (archetyp Aresa) dobrze broni, ale ma problemy z dostarczaniem, a tymczasem Odludek (archetyp Hadesa) sprzeciwia się tej performatywności.
Do czego zmierzam?
Zróbmy rozkład ideałów danej kultury, tego, co powinien mieć idealny przedstawiciel danej grupy. A następnie zastanówmy się, jakie relacje może mieć dana postać z tymi ideałami. Czy odrzuca je, zapomina o nich? A może usilnie próbuje im sprostać, choć to dla niego niemożliwe? A może jak najbardziej udaje się mu wpasować w te idee? A może nawet narzuca te idee innym, oczekując, że wszyscy mają reprezentować tą ideę?
Oczywiście, nie wszystkie z tych idei muszą być oznaczone jako "tak" albo "nie". Niektóre idee aż tak bardzo nie definiują postaci. Na przykład, zdolności magiczne elfa nie muszą być aż tak akcentowane, a zamiast tego można się skupić na innych ideach, zasadach i wartościach w danej kulturze.
To jednak jest bardziej skupione na osobowościach kontekstualizowanych przez kulturę. A tak w sumie, to bardziej przez unikatowość danej kultury.
A nie każda postać tak działa. Czy bowiem wasza osobowość jest wiązana z kontekstem bycia Polakami? Części z was, być może, ale drugiej części raczej należałoby całkiem głęboko kopać i być może zastosować całkiem poważną kombinatorykę stosowaną, aby utworzyć takie powiązania.
No, ale to jest patrzenie na "Nas", nie na żadnych, egzotycznych "Innych".
Tak czy inaczej, planeta kapeluszy jest po prostu brakiem dopracowania światotwórstwa i tworzenia postaci. Czasami jest to sensowne, bo nie trzeba myśleć o armii demonów jako grupie jednostek, ale jeśli chcemy traktować dane istoty jak ludzi, powinniśmy zapewnić przynajmniej kilku postaciom unikatowość, a nie jedynie wycięcie kształtu z kulturowego monolitu.
I to by było chyba już na tyle. Mam nadzieję, że się podobało. Zostawcie komentarz i udostępnijcie tego posta, by mój blog się rozwijał.
Do przeczytania i miłych wakacji!




Komentarze
Prześlij komentarz