Ohayo! a może Pandora!
Witam w kolejnym wpisie na moim blogu. Dziś chciałbym zająć się tematem związanym z postkolonialnym spojrzeniem na fantastykę (i ogólnie, całą popkulturę).
Tak się bowiem składa, że ostatnimi czasy zainteresowałem się shortami nagrywanymi przez pewną sensitive readerkę (osobę, która czyta dzieło pod kątem tego, czy nie obraża ono grupy, do której ona należy). Jest ona czarnoskóra, a więc zajmuje się problemami osób czarnoskórych, ale na swoich social mediach omawia rzeczy stosunkowo szeroko, a więc nawet jeśli nie zamierza się zawrzeć osób czarnoskórych w swoim dziele, myślę, że warto by było jej posłuchać.
Dziś jednak zamierzam powiedzieć o czymś, co przynajmniej w teorii wywodzi się z reprezentacji osób czarnoskórych albo raczej ich relacji z tak zwanymi białymi ludźmi.
 |
| Na grafice są Jake Sully (Awatar), Paul Atryda (Diuna) i Naofumi Iwatani (Tate no yūsha no nariagari) |
Chodzi o motyw białego zbawcy. Czym on jest? Czemu jest zły? I czemu wydaje się on tak mocno zagnieżdżony w fantastyce?
Tego dowiecie się czytając dalej ten wpis!
Biały zbawca - kto to?
Zacznijmy może od definicji tego, kim lub czym jest ten cały biały zbawca.
Jak mówi wikipedia, biały zbawca albo kompleks białego zbawcy to "określenie, które odnosi się do przedstawiania białych osób jako tych, którzy wyzwalają od opresji osoby o innym kolorze skóry niż biały". Inaczej mówiąc, chodzi tu o to, że osoby uznawane za białe (bo pojęcie białej rasy może obejmować różne grupy, w zależności od tego, jaki system się przyjmie) są przedstawiane jako te, które ciągle ratują z opresji tych biednych, nieporadnych czarnoskórych, Indian, Azjatów itd. W czym jest problem? Przecież przez wiele lat Europejczycy i Euroamerykanie byli w pozycji uprzywilejowanej w stosunku do wielu Azjatów, Afrykańczyków czy Afroamerykanów. Ich kraje były bogatsze niż kraje azjatyckie czy afrykańskie (często ich kosztem). A więc zgodnie z zasadą noblesse oblige, "szlachectwo zobowiązuje", Europejczycy i ich potomkowie/kuzyni powinni być tymi, którzy pomagają innym, słabszym, biedniejszym...
Problem polega właśnie na takim myśleniu! Na przeświadczeniu, że biali ludzie są inherentnie w lepszej sytuacji niż osoby niebiałe!
Jak powiedziałem, wiele problemów w Afryce, Azji czy nawet w Amerykach wynika z europejskiego kolonializmu, który wyzyskiwał tamtejszą ludność w taki czy inny sposób. Czasami było to niewolnictwo (np.: transatlantycki handel niewolników), czasami destabilizacja społeczeństwa (np.: wojna makowa), czasami przesiedlenia (np.: tak zwane rezerwaty Indian) itd. A więc często pomaganie tym przysłowiowym biednym dzieciom z Afryki przez Europejczyków jest niczym innym, jak po prostu naprawianiem szkód, które wyrządzili nasi przodkowie.
Ale oczywiście nie każdy problem tamtejszych ludów wynika bezpośrednio z kolonializmu, a czasami nawet można znaleźć dzieła przedstawiające czasy, gdy kolonializm jeszcze nie zapuścił swych trujących korzeni. Czasami chodzi o narracje, w których jakiś biały przybywa do jakiegoś obcego kraju i pomaga z tamtejszymi problemami, z którymi lokalsi nie zdołali sobie poradzić samemu.
No właśnie, tu dochodzi do sedna problemu - narracja białego zbawcy zakłada, że osoby niebiałe są tak nieporadne, że nie są w stanie samemu sobie poradzić z własnymi problemami i tylko biały człowiek może ich uratować.
Dzieła takie utwierdzają dominację tak zwanego białego człowieka, potwierdzają jego miejsce ponad innymi "rasami", które traktowane są pobłażliwie, infantylizowane, uznawane za mniej zaradne. Hierarchia pozostaje: biali są lepsi od wszystkich innych.
Zresztą, pod płaszczykiem pomocy nadal może kryć się przemoc. Dużo aktów przemocy bowiem było przedstawianych jako chęć pomocy.
Edukacja Rdzennych Ludów Kanady? To istny koszmar!
Poza tym, narracja białego zbawcy to narracja... białego zbawcy. Nie tych, którym pomaga, lecz jego samego!
A więc Ostatni samuraj to nie jest historia buntu Satsumy, ale Nathana Algrena. Wielki mur to nie jest historia Chińczyków walczących z tao tie, ale Williama Garina i Pero Tovara. Lawrence z Arabii z kolei jest o Lawrence'ie z Wielkiej Brytanii.
Rasa to żart - problem z rasą
Problem białego zbawcy objawia się również w tym, że rasa nie jest kategorią, która ma jakikolwiek sens. Nie ma zbyt wielkich różnic genetycznych między tymi "rasami", a zresztą granice tych "ras" nie są zbyt wyraźne.
W zależności od cytowanego myśliciela (bo nazywanie ich naukowcami czasami byłoby zbyt wielkim czynem), rasy mogą być 3 albo mogą ich być dziesiątki. Do jakiej rasy zaliczymy mieszkańców Bliskiego Wschodu czy Arabii? Nie są oni czarni ani nie mają rysów twarzy typowych dla rasy żółtej, ale też nie są typowo biali. Ale określenie, że są brązowi, sprawia, że są wrzucani do tej samej kategorii, co Latynosi i niektórzy Afroamerykanie.
Innym przykładem będzie przypadek aktora, który gra Pero Tovara, Hiszpana, w Wielkim Murze. Jego rola sprawia, że postrzegamy tą postać jako białą, jednak Pedro Pascal nie jest typowo biały. Jest Latynosem i sam obawiał się, że z tego powodu będzie typecastowany do stereotypowych ról latynoskich jak chociażby członek kartelu.
Ale może fakt, że ma jasną karnację, sprawia, że jest biały. Ale jest również nie biały w innych innych sytuacjach...
I tu przechodzimy do tego, że są różni biali. Nawet wewnątrz Europy były pewne podziały, które przypominały trochę te rasowe. Drakula był tak jasny i biały głównie dlatego, że był żywym trupem, bo inni mieszkańcy wschodniej Europy byli postrzegani raczej jako ciemnoskórzy. I nie chodzi wcale to przeświadczenie, że Romowie i Rumuni to to samo!
Dlatego jestem zwolennikiem stwierdzenia, że narracja białego zbawcy to narracja o kimś z normatywną tożsamością. Historia o Brytyjczyku przybywającym na tereny wschodniej Europy i tak pomagającym z np.: wampirem (a'la Van Helsing, tylko że z większym pokazaniem odmienności Transylwańczyków od Brytyjczyków) byłaby w równym stopniu historią białego zbawcy, co historia Brytyjczyka, który robi podobną rzecz w Afryce czy w Azji.
A co, jeśli taka normatywna tożsamość to nie tylko "biała rasa"...
Wszyscy ludzie są biali - sytuacja fantastyczna
W fantastyce, a dokładniej mówiąc, tej allotopijnej fantastyce dziejącej się w całkowicie wymyślonych światach, w których nierzadko obecne są różne rasy fantastyczne, zupełnie inaczej postrzega się normatywną tożsamość.
Cytując Pratchetta:
"Rasizm na Dysku nie stanowił problemu, ponieważ – przy wszystkich trollach, krasnoludach i innych – gatunkizm był o wiele ciekawszy. Biali i czarni żyli w doskonalej zgodzie i wspólnie prześladowali zielonych"
Innymi słowy, normatywna tożsamość rasowa w fantastyce ulega przeniesieniu. Różnice między rasami znanymi ze świata rzeczywistego zostają uznane za nieważne w porównaniu z rasami fantastycznymi: elfami, krasnoludami, orkami, goblinami itd.
Bardzo często nawet nie zobaczymy zbytnio osób czarnoskórych w danym dziele fantasy, ale rasowa inność jest reprezentowana przez te inne rasy.
Ale ktoś mógłby powiedzieć, że rasy krasnoludów czy elfów bardzo często nie prezentują sobą zbyt pozaeuropejskich zachowań. Krasnoludy zazwyczaj łączą w sobie elementy kultur germańskich (stylizacja na wikinga) z odrobiną mocno zawoalowanych elementów żydowskich. Z kolei elfy są bazują na kulturze celtyckiej. I choć obie te grupy mogą zostać przedstawione jako bazujące na innych kulturach, nie jest to norma.
No, tylko że pewne podobieństwa w zależnościach nadal mogą być obecne. W dziełach takich jak Wiedźmin czy Summoner elfy i krasnoludy posiadają podobne role w społeczeństwie jak Żydzi w latach 30., Afroamerykanie czy inne marginalizowane grupy etniczne czy rasowe. Odtwarzane zostają te struktury rasowej przemocy, nawet jeśli w prostej kategoryzacji wszystkie grupy są wizualnie i kulturowo zaliczane do białych.
No i są jeszcze lekko rzadsze rasy fantastyczne, które na ogół są uciskane w taki sposób, jak to się często dzieje ze zwierzoludźmi w isekaiach czy rzadziej z orkami, goblinami itd.
Innym kontrargumentem jest to, że ludzie są w fantasy jak karaluchy. Znajdziemy ich wszędzie, w każdej frakcji, na każdym kontynencie, jako użytkowników każdej mocy itd. Jakby się tak zastanowić, ludzie bardzo często charakteryzują się bardziej niejednolitymi kulturami. W Warhammerze Fantasy, na przykład, do ludzkich państw można zaliczyć chociażby:
- Bretonię
- Imperium
- Kataj (nawet jeśli rządzą nim smoki, większość państwa stanowią ludzie)
- Kislev
- Nehekharę (w przeszłości)
- Norskę
- a także inne państwa/grupy, które nie ukazały się w serii Total War jak:
A więc trudno powiedzieć, że ludzka rasa jest stanowi kulturę normatywną, bo rasa ludzka nie ma do końca jednej kultury.
Ale stosunkowo często mamy do czynienia z jedną kulturą, przez którą patrzymy na wszystkie inne, a ta kultura jest akurat kulturą ludzi i w wypadku WH jest to Imperium. Zresztą, jeśli dzieło jest stosunkowo oszczędne w rozmachu i dzieje się na stosunkowo ograniczonym terenie, zapewne nie spotkamy się ze zbyt wielką różnorodnością kulturową.
Bo jakby się tak zastanowić, to Królestwa Północy nie są od siebie aż tak bardzo różne.
Tak czy inaczej, najczęściej bohaterem fantasy jest człowiek wywodzący się z alloeuropejskiej kultury, która dyktuje normy w tym świecie. Albo przynajmniej postrzegana jest jako norma przez odbiorców.
Dlatego też ludzie czasami mogą odgrywać takich białych zbawców.
Jak to robić, by nie zrobić białego zbawcy?
Aby w fantasy (ale i nie tylko fantasy) nie popełnić błędów prowadzących do przejawiania się omawianego dziś motywu, można zrobić kilka rzeczy:
Przede wszystkim, można nie pokazywać innych ras w sytuacji kryzysowej. Nie można bowiem przedstawić kogoś z zewnątrz jako tego, który przybywa i ratuje z opresji, jeśli nie będzie żadnych opresji. To jednak wydaje się pewną przesadą, bo choć to nie pozwalałoby w ogóle mówić o problemach tych grup.
Innym wyjściem byłoby ukazanie głównego bohatera jako... przedstawiciela tej mniejszości.
Ostatni samuraj nie potrzebował skruszonego zbrodniarza wojennego z Ameryki, Wielki Mur pary Europejczyków itd. Te filmy mogłyby spokojnie spełniać swoje założenia (historię powstania Satsumy i historię walki z taotie na Wielkim Murze) bez ingerencji kogoś z zewnątrz. I te dzieła byłyby zdecydowanie lepsze bez nich, bo byłyby to wtedy prawdziwie historie Japończyków i Chińczyków, a nie historie o tym, jak ingerencja przypadkowego białego człowieka ratuje biednych, nieporadnych Azjatów.
I coś takiego, oddanie głosu tym innym w historiach o nich, sprawia, że motyw białego zbawcy nie będzie wisieć nad dziełem, przynajmniej w teorii. Bo jeśli historia jest o tym, że krasnoludy dążą do powstania, które ma im przynieść prawa obywatelskie w kraju, to lepszym punktem widzenia będzie krasnolud, a nie człowiek, który nagle do nich wpada i pomaga im rozwiązać sprawę w sposób, z którego istnienia nigdy nie zdawali sobie sprawy.
Ale powiedzmy, że uprzemy się na ludzkiego protagonistę... Wtedy należałoby zmienić historię na taką, która nie będzie opowiadać o tym, jak jakaś grupa walczy o swoje prawa... A czym się to różni od odpowiedzi pierwszej? Przede wszystkim, chodzi tu o różnicę między "historią o..." a "historią z wątkiem".
Są liczne dzieła, w których dzieją się walki z rasizmem, marginalizacją czy innymi formami uprzedzeń, jednak nie są one o tym, jak ten problem rozwiązuje ktoś biały (w fikcji realistycznej) albo człowiek (w fantastyce).
Dobrym tego przykładem jest Summoner Tarana Matharu, gdzie pojawia się właśnie wątek złego traktowania krasnoludów, które może doprowadzić do insurekcji. Fletcher, główny bohater, poznaje w szkole Otello, pierwszego krasnoludzkiego zaklinacza (pierwszego, którego dopuszczono nauki w Akademii Vocanów), a nawet udaje się wraz z nin do swoistego getta, gdzie żyją krasnoludy i gdzie chłopak poznaje problemy, z jakimi się oni mierzą. W dalszym fragmencie dochodzi do rozmów między krasnoludami dotyczących powstania, które to Fletcher podsłuchuje... Ostatecznie, do powstania nie dochodzi, ale jedynie pośrednio przez Fletchera, który pokazał Otellu, że są ludzie, którzy nie są rasistami i którzy będą słuchać.
Zresztą, cały ten wątek można by określić jako wątek Otella, jeden z kilku w całym dziele. Choć narracja podąża za Fletcherem, to Otello działa w sprawie swojej rasy, a ludzki chłopak co najwyżej widzi strzępki całego obrazu.
Poza tym, Fletcher ma na głowie inne rzeczy niż tylko krasnoludy. Jest znajdą, więc niektórzy mogą podejrzewać, że jest synem prostytutki (a dzieci prostytutek nie mogą być przyjmowane do Akademii, bo są żywymi dowodami rozrzutności materiału genetycznego szlachciców, a to się szlachcie nie podoba); rywalizuje z wrednym szlachcicem (który później okaże się jego kuzynem, bo ich matki były bliźniaczkami), a do tego pojawiają się inne problemy. Wszystko zresztą wiąże się z problemami wewnętrznej polityki państwa, w którym stronnictwo dawnego króla nadal jest silne, utwierdzając liczne aspekty problematycznego status quo.
Ba! Drugi tom kończy się na zdradzie, która jest wywołana przekonaniami o supremacji ludzi nad krasnoludami i elfami ze strony jednego z bohaterów, którym Fletcher zaufał.
Jednak, niezależnie jak bardzo wielkim przyjacielem krasnoludów nie byłby Fletcher, bunt krasnoludów nie był jego historią.
Innym przykładem może być Wiedźmin i wszelkie rzeczy, które dzieją się w związku ze Scoiatel. Geralt, zarówno w grach, jak i w książkach, pomaga czasami Wiewiórkom, ale za każdym razem cały wątek prześladowań elfów jest raczej czymś, co dzieje się w tle... nawet jeśli miłość życia Geralta jest ćwierć-elfką! Ale być może bycie ćwierć-elfem już wystarczy, by uchodzić za w pełni człowieka.
Sprawa Scoiatel jest ważna dla świata, chociażby ze wzglądu na niepodległość Dol Blathana, jednak Geralt nie odgrywa w niej aż tak wielkiej roli. Bardziej to ona wpływa na Geralta i jego otoczenie (zdrada Francesci na Thaned...) niż na odwrót.
Portal białego zbawcy - problem fantastyki portalowej
Jest jednak jeden rodzaj, który mocno jest związany z motywem postaci z zewnątrz, która przybywa i ratuje jakieś grupy. Chodzi o fantastykę portalową, jeden z rodzajów fantastyki opisanych przez Farę Mendlesohn w Rhetotics of Fantasy.
Fantastyka portalowa w teorii jest bardzo prosta do zdefiniowania. Jest to fantastyka w której bohater opuszcza znany mu świat i udaje się do świata magicznego... Przynajmniej tak można mówić o najprostszej wersji tego gatunku, bo, jak zauważa Medlesohn, do tej kategorii można zaliczyć zarówno Opowieści z Narnii (z naszego świata do Narnii), Władcę Pierścieni (z Shire do większego Śródziemia) i Harry'ego Pottera (ze świata mugoli do Hogwartu). To może być również historia o podróży do alternatywnej wersji historii, do jakiejś utopii czy na inną planetę.
I zazwyczaj, jeśli ktoś przybywa do innego świata, okazuje się kimś ważnym, często wybrańcem, którego rolą będzie [wybierz co najmniej 1 rzecz, która uratuje kogoś].
Czasami aż przychodzi na myśl fakt, że bez tego motywu w takich wypadkach się nie da. Nie można bowiem zlikwidować albo zminimalizować wpływu outsidera, jeśli gatunek opiera się na podróży tegoż outsidera do fantastycznego świata! Racja, dałoby się przedstawić historię o Na'vi bez Jake'a Sully'ego czy historię Fremenów bez Paula Atrydy, ale trudno sobie wyobrazić Awatara bez awatarów czy Diunę bez politycznych potyczek wynikających z losu rodu Atrydów. Zresztą, Paul Atryda jest wybrańcem, który miał uratować Fremenów, swoistym mesjaszem, którego przybycie miało przynieść Fremenom wolność... Można się więc spodziewać, że będzie tym kimś, kto przybywa spoza Arrakis i którego przybycie zmienia stan, w jakim znajdują się mieszkańcy tejże planety.
Podobnie dzieje się także w licznych isekaiach, z czego najlepiej pamiętam sytuację Naofumiego, który jako Bohater Tarczy miał przynieść wolność półludziom. Jak bowiem można uniknąć w takiej sytuacji czegoś, co chociażby ociera się o bycie białych zbawcą? Bohater przybywa w celu rozwiązania problemów tego magicznego świata, więc to oczywiste, że pomaga tamtejszym ludom, zarówno tym uznawanym za normę, jak i mniejszościom.
Czy to jednak jest motyw białego zbawcy czy jednak coś, co się jedynie o niego ociera? Awatar jest dla mnie jak lekko lepsza wersja Ostatniego samuraja, ale Diuna już niekoniecznie jest o białym zbawcy... Fremeni wykorzystują Paula jako sygnał do boju, a on ich jako swoją armię. Sama zaś Diuna jest krytyką postaci wybrańca.
Czy jednak można zaradzić, żeby nie było z pewnością białego zbawcy w takiej fantastyce portalowej?
Przede wszystkim, jeśli jest jakaś mniejszość, którą można odczytywać jako rasową inność, warto by było pokazać, że jej przedstawiciele umieją sobie samemu poradzić. Pomoc wybrańca może być jedynie być czymś, co przeważy szale, ale warto pokazać, że te elfy, krasnoludy, zwierzoludzie czy co to jest, nie są biednymi sierotkami czekającymi na ratunek.
Z tym też wiąże się to, że głównym wątkiem dzieła nie powinna być pomoc tej grupie. Bo historia o tej grupie, ale z głównym bohaterem nie tylko spoza niej, ale i spoza całego tego świata, niemalże się prosi o zdjęcie w słowniku pod hasłem białego zbawcy.
Inną rzeczą jest także to, że wątek białego zbawcy może być bardzo ciekawym elementem krytyki zarówno kolonialnej, jak i krytyki motywu wybrańca. Chyba nic nie pokazuje, jak szkodliwą może być postać wybrańca, który ciągle musi komuś pomagać, niż pokazanie, że ta pomoc czasami może szkodzić. Jeśli bowiem przedstawia się inne grupy jako bezradnych, odbiera się im sprawczość, a w sytuacji, gdy mówimy na przykład o niewolnikach albo ludach od nich się wywodzących, sprawczość jest tym, na czym im zależy. Zresztą, nie trzeba być potomkiem niewolnika, żeby nie chcieć być ciągle infantylizowanym.
Co więcej, czasami chęć pomocy może być... egoistyczna. Wiem to, bo w jednym ze swoich projektów miałem postać, która ciągle musiała być metaforycznym rycerzem na białym koniu, aż w końcu jej ingerencje okazały się szkodzić. I to był jeden z najlepszych wątków w tym projekcie! Bo ta cała pomocność była w tym wypadku ukazaniem pragnienia poczucia przydatności. Innymi słowy, altruizm okazał się w pewien sposób samolubny.
Takie podejście może pozwolić na głębsze zrozumienie indywidualnych problemów takiej postawy. Bo, mimo wszystko taki "altruizm" może wynikać z bardzo różnych rzeczy, które autor może w swoim dziele zgłębić. To może być chorobliwa chęć przydatności (a'la Subaru Natsuki), ale i pewnego rodzaju poczucie wyższości. A poczucie wyższości indukuje z kolei poczucie niższości u tym, którym się pomaga, a tego nie chcemy...
Do wyboru, do koloru!
I to by było już chyba tyle.
Powiedzcie, czy wy też miewacie czasami takie wrażenie, że niektóre dzieła byłyby lepsze, gdyby postaci z Europy (lub Euroamerykanie) nie pojawiali się w nich jako gwiazdy ratujące sytuację? Czy uważacie, że coś takiego zdarza się również w fantastyce? A może troszkę przesadziłem?
Napiszcie o tym w komentarzu!
Uff! Udało mi się napisać ten wpis! Zajęło mi to ponad tydzień, ale się udało.
Mam nadzieję, że ten wpis się ma spodobał.
Do przeczytania!
Komentarze
Prześlij komentarz