Huta Żywicielka! Huta Trucicielka! - recenzja serialu "Ołowiane Dzieci"
Ohayo! a może Szopienice!
Ostatnio na Netflixie pojawił się polski mini-serial, który pod pewnymi względami miał całkiem znany model fabuły. W małym miasteczku (albo dzielnicy) ktoś truje ludzi, co odkrywa ktoś, kogo można uznać za trochę outsidera, zazwyczaj kobieta, która postanawia coś z tym zrobić. Znamy to z "Erin Brockowich", "Toksycznego miasta" czy nawet w wersji lekko parodystycznej w "Simpsonach". Podobnie zresztą jak te dwa pierwsze dzieła, "Ołowiane dzieci" również są historią prawdziwą. Albo raczej odzwierciedlającą wydarzenia prawdziwe, zawierającą elementy dodatkowe (postaci itd.), ale nadal odnoszą się do historii.
Zapraszam więc was na moją recenzję "Ołowianych dzieci".
Może być trochę spoilerów, ale... to jest historia sprzed ponad 50 lat, więc nikogo nie powinno zaszokować to, o czym będę mówić.Skrót fabuły
Jest rok 1974. Do Katowic ma przyjechać Breżniew, a tym czasem rezydująca w katowickiej dzielnicy Szopienice lekarka Jolanta Wadowska-Król (Joanna Kulig) natrafia na ślady epidemii, która szerzy się wśród dzieci. (I nie, to nie jest ospa! Tamto było 11 lat wcześniej i we Wrocławiu.) Lekarka podejrzewa, że dzieci trują się ołowiem, który wydobywa się z kominów okolicznej huty, o czym informuje zarówno profesor Krystynę Berger (Agata Kulesza), jak i władze huty. Tym samym jednak trafia na radar służb bezpieczeństwa z majorem SB Hubertem Niedzielą (Michał Żurawski) na czele.
No, i jak można się domyślić, bo wielu różnych problemach, udaje się nie tylko odkryć problem, ale także znaleźć dla niego rozwiązanie. I to nie drogą sądową, która w "Erin Brockovich" i "Toksycznym mieście" jest drogą do zwycięstwa.
Zdroworozsądkowa ostalgia*
To, co uderza w tym serialu, to to, jak przedstawiono lata 70. Mają one swój urok. To nie jest smutna kraina pod butem Stalina, tym bardziej, że Stalin nie żyje od 20 lat, a w Polsce rządzi prawdopodobnie najbardziej lubiany ze wszystkich polityków PRL, Edward Gierek.
A mimo to, pokazane zostają oczywiste problemy ustroju, takie jak donosy. To właśnie donos stanowi powód, przez który SB dowiedziało się o działaniach Wadowskiej-Król.
Inną wadą jest także rządza władzy Zdzisława Grudnia (Zbigniew Zamachowski), który zmusza Niedzielę do komplikowania spraw. Nie jest to jednak motyw typowo wycelowany w komunistycznych polityków, bo podobnie zbudowane postaci znajdziemy także w innych historiach o "toksycznej industrializacji", a także w innych dziełach o polskich wielkich tragediach jak chociażby "Wielka woda", gdzie zamiast szykować się na powódź politycy byli na regatach.
Oczywiście, warto zauważyć, że Grudzień jest tu przedstawiany jako antagonista, którego działania spowodowały nasilenie się trucia, co nie było chyba potwierdzone historycznie. Jednak to można uznać nawet za część tego modelu fabuły.
"Ołowiane dzieci" są więc dość mocno wyważone jeśli chodzi o stosunek do tamtych czasów. Nie demonizuje ich, a pokazuje typowy dla okresu poziom przemocy (szczególnie w drugiej połowie serialu, gdzie nadarza się ku temu więcej okazji). Jednocześnie jednak ukazane zostają radości tego okresu, zaczynając od piosenek Marka Grechuty w radiu, dancingów czy pewnego rodzaju nadziei związanej z rządami Gierka.
Słynny wierszyk bowiem mówił: "Idź do Gierka, da ci cukierka".
Huta-żywicielka
To, co jednak jest najciekawsze, to reakcja ludzi na wieść, że huta truje... Bo reakcja ta była przeciwieństwem tego, czego się byśmy początkowo spodziewali.
Hutnicy nie chcieli w to wierzyć. Dla nich i dla ich rodzin huta była źródłem dochodu, żywiła ich, a utrata huty byłaby katastrofą. Jak więc mieliby nawet zaczynać rozważania, że ich dobrodziejka im szkodzi.
Ba! Nawet jakiekolwiek działanie, które antagonizowałoby hutę, jak chociażby założenie, że ona szkodzi, mogłoby się wiązać zreperkusjami.
Jest to wątek, którego nie znajdziemy w "Toksycznym mieście" (sprawa Corby, Wielka Brytania), i chyba również w "Erin Brockovich" tego nie ma.
To, co szkodzi, daje również zatrudnienie. Tu nie chodzi jedynie o to, że jakiś bogacz się "nachapie", ale o zwykłych ludzi, zwykłych pracowników, którzy są również tutaj ofiarami.
Dlatego właśnie śmiałem się, że jest to socjalistyczna wersja "Erin Brockovich", nie tylko z powodu, że wszystko dzieje się w ustroju socjalistycznym, ale przede wszystkim ze względu na to, jak dużą uwagę zwrócono tu na rolę robotników.
I prawda jest taka: hutnicy pozostaliby przy swoich poglądach, gdyby nie to, że dziecko jednego z nich umiera na oczach swego ojca, matki oraz dwójki lekarek. Zagrożenie utraty pracy staje się więc dla tego jednego mężczyzny mniejsze niż zagrożenie, które niesie za sobą huta. To właśnie on pozwala lekarce na zrozumienie, w czym dokładnie leży problem, a później przekonuje resztę, że Joanna Wadowska-Król miała jednak rację.
Podobnie zresztą wydaje się toczyć historia Niedzieli, którego Grudzień ciągle szantażuje, że albo uciszy lekarkę, albo straci on pracę w SB i wróci do ciężkiej pracy w hucie. Jego syn również w pewnym momencie zaczyna chorować na ołowicę, co sprawia, że zaczyna stawać się jedną z ofiar, tak samo jak rodziny hutników.
Ale czy on się skruszy i dołączy do reszty? A może pozostanie wierny Grudniowi i zostanie za to nagrodzony?
Cóż, tego wam akurat nie zaspoileruję!
Huta truje! Chcemy mieszkań!
Ostatecznie, najłatwiejszym rozwiązaniem okazuje się wyprowadzka. Wszystkie rodziny, które mieszkają w Targowisku (osiedle przy hucie), powinny się przenieść.
Tylko z tym jest problem! Ktoś musi załatwić mieszkania, tym bardziej, że rząd w dużej mierze przydzielał mieszkania. I zaczyna się gotować protest!
Początkowo Niedziela próbuje dać kilku rodzinom mieszkania, by uciszyć je i spowodować walkę wewnątrz. Wiecie, taka strategia Dziel i Rządź.
Jakże pięknie mu się to nie udaje, gdy żony hutników stwierdzają "Fajnie, ale wynieść stąd muszą się wszyscy".
I to kończy się potężnym protestem, w trakcie którego nacisk społeczności, zgranej, zjednoczonej dla wspólnego dobra, sprawia, że rządzący się uginają. To jest chyba najlepsze przedstawienie protestu w polskiej kinematografii... Chociaż, co ja mogę powiedzieć, skoro nie jestem raczej wielkim fanem polskich filmów historycznych, nie oglądałem "Czarnego czwartku" (który wyszedł swoją drogą, gdy ja chodziłem jeszcze do podstawówki).
Niemniej, protest tu przedstawiony całkiem dobrze pokazuje pewnego rodzaju nadzieję, która zawsze wiąże się z protestem - że poprzez wspólne działanie dokona się zmian.
Oczywiście, protest ten przyniósł zmianę dla mieszkańców, jednak okolice huty są na stałe skażone olbrzymimi ilościami ołowiu. Jest to więc cicha katastrofa ekologiczna.
Opinie o aktorach
Serial ten posiada w swojej obsadzie tylko kilka znanych mi twarzy, co uznaję za plus. Wiadomo, Kinga Preis ma w sobie to coś, co sprawia, że grane przez nią role wychodzą wspaniale. Agata Kulesza z kolei również wpasowuje się dobrze w swoją rolę. Jest także Zamachowski, który w sumie nie wygląda aż tak bardzo odmiennie od prawdziwego Grudnia.
Jednakże większość aktorów nie jest mi znana (mam ogólnie problemy z zapamiętywaniem ich, więc to nie znaczy zbyt wiele). To zaś pozwalało mi na wczucie się w historie, a nie widzenie cały czas gwiazd na ekranie.
Ogólnie, ten serial jest bardzo dobry. Jeśli lubicie seriale o historii, medycynie i silnej społeczności, "Ołowiane dzieci" to dobry materiał na spędzenie wieczoru.
9/10.
Do przeczytania!
* Ostalgia jest pojęciem używanym zazwyczaj do opisu elementów kultury niemieckiej (chyba głównie kina), cechujących się nostalgicznym patrzeniem na okres komunizmu w NRD. Jest to portmanteau słów "Ost" - wschód i "nostalgia", co tworzy "tęsknotę za wschodem". Pojęcie to bardzo mi się podoba i myślę, że mogłoby zostać używane także do innych nostalgii za tamtymi latami w innych krajach niż tylko Niemcy.



Serial oglądnęłam jednym tchem. Rzeczywistość tam ukazana wprost okropna. W życiu bym nie chciała mieszkać przy Hucie i wciągać do płuc tego całego syfu z kominów. Obsada naprawdę świetna. Praktycznie rzecz biorąc wszyscy mi się podobali. Dobrze mi się oglądało.
OdpowiedzUsuń