Kultowe zgromadzenie, ale trochę śmierdzi siarką - O kultach w fantastyce

 Ohayo! a może Summerisle?

Witam w kolejnym wpisie na moim blogu!

Dziś, w zależności od tego, czy coś mi po drodze nie wypadnie (a planuję, żeby wypadło, ale jeszcze zobaczymy, czy dinusie z ulicy Dębowej zasłużą na recenzję - zasłużyły!), znajdujemy się w przededniu Spooktobera (dosłownie, 30 września) albo Spooktober się już zakończył. Tak czy siak, chciałbym, żeby ten wpis też być w trochę straszniejszym stylu, niekoniecznie o potworach, ale nadal mroczny i może lekko przerażający.

Dlatego na dziś zaplanowałem wpis o jednym z najczęstszych motywów D&D, wykorzystywanym także w wielu innych dziełach fantasy. Opowiem, skąd się to wzięło (z dużym naciskiem na moje łopatologiczne szukanie elementów wspólnych ze zjawiskami znanymi z historii), jak to działa w fantastyce i czemu język polski znów wygrywa z angielskim, jeśli chodzi o precyzję.

grafika zawiera obrazy z Zewu Cthulhu (podręcznik, Kulty Cthulhu), Warhammera Fantasy (2e, Tome of Corruption), Oczy szeroko zamknięte (1999, reż. S. Kubrick), D&D (komiks: Tyranny of Dragons), MtG (karta Cult Healer autorstwa Diany Franco) 

A teraz odświeżcie swoje powłóczyste szaty z kapturem, znajdźcie przejście do katakumb i nasmarujcie się przyprawami do ofiar, bo dziś mowa będzie o kultach.

Czym jest kult? I czemu nie jest typową sektą?

Zacznijmy może od tego, co potrafię jako kulturoznawca powiedzieć w nocy o północy!
Słowo "kult", podobnie jak "kultura", pochodzi od łacińskiego "cultus", co znaczy uprawiać. Kult jest więc formą uprawy duchowej.
Co zresztą wiąże się z jego trzema znaczeniami, które podaje słownik PWN:
  1. cześć religijna oddawana Bogu, bóstwom, świętym osobom lub rzeczom
  2. ogół czynności i obrzędów religijnych będących zewnętrznymi przejawami tej czci
  3. szacunek i uwielbienie okazywane komuś lub czemuś
Nam jednak chodzi o inny rodzaj kultu, który czasami jest wiązany z pojęciem sekty. Oba te pojęcia mogą oznaczać grupę religijną, która jest odmienna od głównego systemu wierzeń i której praktyki odbiegają od norm społecznych.
Jaka jest więc różnica? Zacznijmy może od tego, że różnica jest językowa, bo w kulturze anglosaskiej słowo "kult" ("cult") jest pojęciem negatywnym, podczas gdy sekta ("sect") jest bardziej neutralnym pojęciem, oznaczającym częściej odłam religii niż to, co odwalał na przykład Manson. U nas jest na odwrót. Kult na ogół nie budzi w nas wielkich nerwów, mamy do czynienia z kultem maryjnym, miejscami kultu, kultem jednostki... Ale gdy usłyszy się słowo "sekta", budzi to w nas pewien niepokój.

A więc chodzi tu o język?
No, nie. Przynajmniej nie w mojej perspektywie, którą opieram na tym, jak wyglądają narracje o tych zjawiskach.

Sekta jest bowiem skupiona wokół jednej osoby, charyzmatycznego lidera, który zwabia do siebie nowych członków. Sekta stosunkowo rzadko jest w stanie przetrwać długo po śmierci jej twórcy, więc historię sekty zazwyczaj rozpatruje się z perspektywy biografii tegoż przywódcy.
Do tego dochodzi izolacja społeczna członków, która ma na celu uniemożliwienie zaczerpnięcia zewnętrznej perspektywy, przez co ci członkowie mogą polegać tylko na innych członkach sekty. No i oczywiście, przywódcy.
Zresztą, bardzo często w sekcie wiele elementów ma za zadanie służyć przywódcy. Na przykład, bardzo często przywódca sekty ma wiele żon/kochanek itd. Albo też członkowie wpłacają duże kwoty przywódcy.

Tymczasem w kulcie przywódca czy założyciel jest o wiele mniej ważny. Bo kogo obchodzi, czy kult mitraistyczny został założony przez tego Rzymianina czy innego?
Gdy mówimy o kulcie, ważniejszym niż jego przywódca, jest obiekt tegoż kultu.
To daje nam o wiele mniej ludzką perspektywę. To nie jest historia o grupce ludzi zmanipulowanych przez przywódcę, by mu służyć, a raczej o grupie służącej czemuś... I to coś, zazwyczaj, nie jest zbyt dobre. A przynajmniej z punktu widzenia otaczających norm społecznych.
Bo na przykład możemy uznać, że składanie ludzi w ofierze nie było zbyt dobrą praktyką. W obecnej kulturze jest to negatywne rzecz, coś co zdecydowanie uznalibyśmy za po prostu zbrodnię. Jednakże w perspektywie prekolumbijskiej Mezoameryki nikt tak na to nie patrzył, więc jeśli pojawiłaby się jakaś grupa religijna składająca ofiary z ludzi, nikt nie patrzyłby na to z wielkim zdziwieniem.
Dlatego też poganie z wyspy Summerisle w Kulcie z 1973 są widziani jako źli - składają ludzi w ofierze na Wyspach Brytyjskich w XX wieku.
Ale ten kulturowy punkt widzenia sprawia również, że niektóre kulty wydają się niebezpieczne nie tylko ze względu na to, co robią, ale i kogo czczą. Wiele kultur posiada bowiem figury mitologiczne, które przeczą zasadom społecznym. I to nie jak jakiś trickster, który gra pomiędzy zasadami, ale wprost przeciwieństwo tych zasad. Chodzi tu przede wszystkim o demony, ale w fantastyce ta lista potrafi się całkiem mocno rozmnożyć na także inne kategorie.
A skoro już mowa o fantastyce, warto zauważyć, że w fantastyce obiekty tych kultów potrafią się pokazać w narracji całkiem wyraźnie. Jeśli mamy kult jakiegoś demona, duże jest prawdopodobieństwo, że gdzieś w okolicy trzeciego aktu ten demon pokaże się we własnej osobie.

A więc, według mojego podziału, sekty są skupione na społecznym aspekcie, relacji członków i samym przywódcy. Horror sekty, oprócz możliwości krzywdzenia osób postronnych, tak jak robiła to Rodzina Mansona czy Aum Shinrikyou Asahary, polega na manipulacji członków. W wyniku tego, sekta może być pokazana z perspektywy zarówno zewnętrznej (osoby przerażone działaniami sekty, tudzież rodzin i przyjaciół członków sekty, którzy są przerażeni indoktrynacją ich bliskich) jak i wewnętrznej (członka sekty, który przechodzi tą indoktrynację).
Tymczasem kulty byłyby bardziej skupione na obiekcie kultu, który zazwyczaj jest niezbyt dobry. Oprócz możliwych destrukcyjnych zachowań, horror kultu polega na lęku przed nadprzyrodzonym, które często okazuje się wcale nie być najlepsze dla ludzi. Z tego powodu zazwyczaj widzimy kult z perspektywy kogoś z zewnątrz, kogoś, kto nie wie, co się dzieje, i z przerażeniem to odkrywa.

Oczywiście, to jest perspektywa wynikająca z narracji!
Czy jednak uważam ją za niezbędną do tej rozmowy? Tak! Bo autentycznie wkurza mnie, gdy ludzie (zazwyczaj anglofoni) w internecie dają porady na tworzenie kultów do D&D albo innych rodzajów fantastyki, gdzie najlepiej byłoby (przynajmniej według nich) zrobić z tego kultu sektę z charyzmatycznym przywódcą i tak dalej...
A nie o to chodzi!
Jeśli ma być jakiś kult Clooloo (btw, naprawdę, to jedna z kanonicznych prób zapisania imienia Cthulhu XD), to bardziej niż na jego przywódcy, wolałbym się skupić na tym kosmicznym horrorze, któremu służą.
Zresztą, sekta, która ma za zadanie wykorzystywać ludzi dla wygody jej założyciela, to zupełnie co innego niż to, czego oczekujemy od kultu, niezależnie czy demonicznego, nieumarłego czy może wyznającego Wielkiego Potwora Spaghetti!
Jeśli zaś mowa o jakimś ograniczaniu wiedzy, to raczej kult będzie ukrywał wiedzę o sobie przed światem zewnętrznym niż ukrywał świat zewnętrzny przed swoimi członkami.

Poza tym, należy zauważyć, że większość narracji o kultach wynika z paranoi i/lub uprzedzeń do danej religii. Na przykład wiele narracji o wielki złych rytuałach pogan pochodzi z perspektywy chrześcijan, którym nie zależało na prawidłowym opisaniu tychże praktyk, co czasami wiązało się z jakimś podkoloryzowaniem (czasami na gorsze). No i nie można zapomnieć o dziedzictwie panik satanistycznych, zarówno tych nowożytnych, jak i nowoczesnych.
Główną różnicą między takim kultem, o którym dziś mowa, a normalnym kultem, być może zmuszonym do funkcjonowania w podziemiu z powodów prawnych (jak wczesne chrześcijaństwo w Rzymie), jest więc oczekiwanie, że obiekt kultu jest zły.

Historia kultów, czyli uczenie się z tego, co było

Dobra, czas opowiedzieć trochę o różnych historiach z historii, które mogą nas zainspirować przy tworzeniu kultów w fantastyce. Będzie to w sumie w jakichś 1/4 o właściwych religiach, 1/2 o pomówieniach i teoriach spiskowych i 1/4 o kulturowym ich rozwoju.
Do tego, oczywiście, muszę zaznaczyć, że historyczne religie, o których tu będę mówić, nie są tymi złymi kultami z fantasy.

Zacznijmy może od religii, która była całkiem blisko współczesnego wyobrażenia kultu, czyli mitraizmu. Mitraizm był religią pochodzącą z Azji Przedniej, która jednak przeszła na tereny Rzymu. Jak nazwa sugeruje, był to kult Mitry, czasami uznawanego za herosa albo boga (a dokładniej, bóstwo solarne).
Mitraizm był tak zwanym kultem misteryjnym, co oznacza, że praktyki były zamknięte, dostępne tylko nielicznym, wtajemniczonym, którzy musieli zachować je w tajemnicy. Dokładniej mówiąc, obrzędy były prowadzone w świątyniach zwanych mitreami, zazwyczaj zlokalizowanych w jaskiniach albo podziemiach.
To właśnie tam odbywano rytuał przejścia, w trakcie którego nowego członka oblewano krwią ze świeżo zabitego byka, a następnie karmiono mlekiem. Było to oczywiście związane z mitraistycznymi wierzeniami, według których Mitra miał złapać byka i złożyć go w ofierze w jaskini w celu odnowienia świata. Wizerunek Mitry zabijającego byka nazywamy tauroktonią.
Co ciekawe, w mitraizmie istnieją stopnie wtajemniczenia:
  1. Corax (Kruk) - związany z planetą Merkrury
  2. Nymphus (Oblubieniec) - związany z planetą Wenus
  3. Miles (Żołnierz) - związany z planetą Mars
  4. Leo (Lew) - związany z planetą Jowisz
  5. Perses (Pers) - związany z Księżycem
  6. Heliodromus (Słoneczny Biegacz) - związany ze Słońcem
  7. Pater (Ojciec) - związany z planetą Saturn
Oczywiście, mitraizm jest obecnie religią wymarłą. Gdy chrześcijaństwo stało się oficjalną religią państwową, wszystkie inne religie zostały zakazane i mitraizm (w przeciwieństwie do tego, jak przystałoby na kult, o jakim myślimy) został w miarę szybko porzucony.
Do tego mogło się przyczynić to, że chrześcijaństwo było mniej patriarchalne niż mitraizm. W jego obrzędach mogli uczestniczyć wszyscy, nie tylko wtajemniczeni i nie tylko mężczyźni.

O wiele bardziej demoniczne mogą wydawać się kulty ze starożytnego Lewantu, z którymi mieli do czynienia Żydzi w czasach Starego Testamentu. Odpowiedź, czemu tak się działo, jest w miarę oczywista: religie ludów sąsiadujących z Żydami zostały zdemonizowane o wiele bardziej niż chociażby mity greckie czy nordyckie. No i nie można wykluczać, że naprawdę te religie mogły zawierać elementy, które były bardzo na bakier z normami moralnymi. Oprócz jakichś orgii, znajdziemy także doniesienia o składaniu ofiar z ludzi. Szczególnie pamiętną postacią jest tu Moloch, bóstwo wyznawane przez Kananejczyków i Fenicjan, któremu składano ofiary całopalne z dzieci. To właśnie znaczy "przeprowadzanie przez ogień" w chociażby Drugiej Księdze Królewskiej.
Na przykład w rozdziale 16 jest napisane:
"W chwili objęcia rządów Achaz miał dwadzieścia lat, a szesnaście lat panował w Jerozolimie. Nie czynił on tego, co jest słuszne w oczach Pana, Boga jego, tak jak jego praojciec, Dawid, lecz kroczył drogą królów izraelskich. A nawet syna swego przeprowadził przez ogień - na modłę ohydnych grzechów pogan, których Pan wypędził przed Izraelitami. Składał ofiary krwawe i kadzielne na wyżynach i pagórkach, i pod każdym drzewem zielonym." 2Kr 16, 2-4
Oczywiście, religie te nie ukrywały się zbytnio, choć zdecydowanie nie patrzono na nie zbyt przychylnie.

No, ale przejdźmy teraz do chrześcijaństwa, które również miało swoje epizody ukrywania się. Przede wszystkim chodzi tu o pierwsze stulecia chrześcijaństwa, w trakcie których chrześcijanie byli prześladowani w Rzymie. Spotykali się więc między innymi w katakumbach.
Podobne prześladowania były w Japonii okresu Edo, gdzie dochodziło między innymi do zbrojnych powstań, takich jak rebelia na półwyspie Shimabara, której przewodził Amakusa Shiro Tokisada, siedemnastoletni w momencie śmierci ronin.
Chrześcijanie ukrywali się więc "po kątach", próbując uniknąć prześladowań, które... no cóż, kojarzycie może pochodnie Nerona?

Przejdźmy jednak teraz do średniowiecza, gdzie chrześcijaństwo już rządziło w Europie.
Niektóre grupy etniczne w średniowiecznej Europie spotykały nieprzyjemne stereotypy, które jak nic pasują do wyobrażeń o kultach. Chodzi mianowicie o te wszystkie antysemickie oskarżenia takie jak porywanie i zjadanie dzieci, tudzież robienie z ich krwi macy. Te oskarżenia oczywiście brzmią idiotycznie dla każdego, kto ma trochę pojęcia o zasadach judaizmu, jak chociażby zakazie konsumpcji krwi.
Choć są to oskarżenia wyssane z palca, warto o tym pamiętać na później...
Podobne oskarżenia stanowiące podstawy do nienawiści czy nawet czystek etnicznych wysuwano w kontekście Romów, którym też zarzucano porywanie dzieci, praktykowanie czarów itd. Choć bowiem Romowie często przyjmowali religie rejonów, w których się znajdowali (katolicyzm, prawosławie czy islam), zachowywali jednak pewne elementy dla siebie unikatowe, takie jak kult św. Sary, zwanej także Czarną Sarą czy też Kali Sarą, którą utożsamia się z synkretyczną formą hinduskiej bogini Kali.

Oprócz tych bezpodstawnych oskarżeń, warto także wspomnieć o pewnych kultach wewnątrz chrześcijaństwa, które można było uznawać za herezję. Choć oczywiście wielkie schizmy doprowadzały do tego, że jedni drugich uznawali za heretyków, a do tego były odłamy, które zostały stłumione (jak husyci, których działania w Czechach stanowią tło historyczne dla trylogii Sapkowskiego), chciałbym tu wspomnieć o katarach, czyli odłamie chrześcijaństwa z pogranicza Francji i Włoch, który całkowicie odrzucał materialność jako coś złego.
I ktoś mógłby ich nazwać po prostu skrajną formą chrześcijaństwa, gdyby nie to, że do religii katarskiej przeszły pewne elementy gnostyckie, takie jak chociażby uznanie, że wszystko, co materialne jest złe. Bo, jak wiadomo, w gnostycyzmie było przeświadczenie, że świat materialny został stworzony przez złe bóstwo (w niektórych chrześcijańsko-gnostyckich tekstach mówi się o nim jako Szatanie), z czym raczej się Kościół nie zgadzał.
Kataryzm był również antyfeudalistyczny i antykatolicki, co sprawiło, że ostatecznie podjęto próby jego zwalczania, co skończyło się krucjatą, rzezią Béziers i ostatecznym końcem kataryzmu.
Zresztą, to, jak Kościół poradził sobie z kataryzmem, jest uważane za jedną z najkrwawszych rzeczy, do których się on przyczynił.

Do tego, skoro mowa o herezjach, warto wspomnieć o kulcie Bafometa, czyli... sposobie, który król Filip IV Piękny i papież Klemens V wykorzystali, by zagarnąć bogactwa zakonu Templariuszy. Oprócz różnych praktyk czarnomagicznych, templariuszy oskarżono także o wyznawanie bóstwa, które nazywano Bafometem. Nie był to jednak wizerunek sabatycznej kozy czy też diabła, który kojarzymy chociażby z kart tarota, gdyż to powiązanie z figurą Bafometa pochodzi dopiero z okolic początku XX.
Choć różni ludzie próbowali widzieć w Bafomecie jakiś gnostyckie elementy, najprostsza teoria zakłada, że jest to zniekształcenie imienia Mahomet.

Następnie warto wspomnieć o wiedźmach. Chrześcijanie, podobnie jak żydzi, byli bardzo przeciwni praktykom czarnoksięskim. Co prawda, przez wieki podejście do czarownic było różne: kiedyś uznawano, że czarownic być nie może; kiedy indziej czarownice były poza prawem religijnym, jako ewidentnie nie chrześcijanie (w ten sposób czarownice nie należały do spraw, którymi zajmowała się inkwizycja); a jeszcze kiedy indziej czarownice były wrogiem publicznym numer jeden jako ewidentne sługi Szatana.
I te ostatnie przedstawienie jest najbardziej znane.
Tak zwane czarownice satanistyczne były niebezpieczne nie tylko dlatego, że czciły figurę zła, ale także czyniły zło. Powodowały nieurodzaj, zabijały dzieci i tworzyły z nich oleje pozwalające na lot. Jednocześnie jednak sabaty czarownic miały być pełne ekscesu, a główną atrakcją miało być spółkowanie z samym diabłem.
Oczywiście, podobnie jak większość opisanych tu zjawisk przypominających kult, sabaty czarownic były wymysłem. Polowania na czarownice były częścią moralnej paniki, nie tak znowu odmienną od tego, co działo się w USA w drugiej połowie XX wieku. Ale o tym będzie później...

Ale teraz powróćmy do czegoś bardziej realnego.
Od XVIII wieku pojawił się ciekawy rodzaj tajnych zgromadzeń, który obrósł licznymi tajemnicami. Chodzi o wolnomularstwo, zwane również masonerią. Był to międzynarodowy, międzyreligijny ruch społeczny zrzeszający ludzi chcących się doskonalić duchowo. Choć masoneria nie była religią, posiadała liczne rytuały, a do tego, podobnie jak mitraizm, posiadała stopnie wtajemniczenia.
Do tego masoni mieli niezaprzeczalny wpływ na rozwój okultyzmu, gdyż wśród nazwisk znajdziemy chociażby Aleistera Crowleya czy Eliphasa Leviego. To wcale nie pomaga w walce z oskarżeniami lóż masońskich o satanizm.
Innymi masonami byli także:
  • Benjamin Franklin
  • Fryderyk II Wielki
  • Georges Jacques Daton
  • Giacomo Casanova
  • Jerzy Waszyngton
  • Simon Bolivar
  • Stanisław August Poniatowski
Myloną z masonerią grupą był Zakon Iluminatów. Iluminaci nie byli masonami, ale jedynie organizacją paramasońską, wzorującą się na wolnomularzach, jednak nie będącą ich częścią.
To, co jednak warto tu wspomnieć, to teorie spiskowe związane z iluminatami. Według tych teorii iluminaci (w rzeczywistości rozwiązani w XVIII wieku) mieli funkcjonować nadal i stanowić tajnych władców świata, a elity świata miały być ich częścią.

A teraz przenieśmy się na początek XX wieku, by powiedzieć coś o twórczości autora niezwykłego... niezwykłego w swej nienawiści, choć z miłością w nazwisku. Lovecraft wydaje się bowiem prekursorem tego, jak wyglądają kulty w fantastyce. (Choć nie wykluczam, że któryś z jego współczesnych albo ktoś żyjący odrobinkę wcześniej był pierwszą osobą, która opisała takie kulty.)
W twórczości Lovecrafta możemy bowiem w końcu znaleźć postaci kultystów, tajemniczych postaci wyznających niebezpieczne istoty, które z łatwością mogą zniszczyć ludzkość. No i które nierzadko próbują uwolnić i/lub przyzwać.
Do takich kultów należą między innymi:
  • Bractwo Czarnego Faraona - kult Nyarlathotepa
  • Bractwo Żółtego Znaku - kult Hastura
  • Ezoteryczny Zakon Dagona - związany z Dagonem i Istotami z Głębin
  • Kościół Gwieździstej Mądrości - kult Nyarlatothepa
Kulty te nie tylko wyznawały różne groźne byty, ale również miały dostęp do równie plugawej magii.

Podobny ton do twórczości Lovecrafta, choć bez wyraźnego kultu, znajdziemy w opowiadaniu Arthura Machena, Wielki bóg Pan z 1894. Jak nazwa wskazuje, akcja dotyczy tu greckiego bożka Pana, który stoi za wszystkimi dziwnymi zjawiskami ukazanymi w opowieści.
Co prawda, nie ma tu typowego kultu, jednak musiałem gdzieś dać elementy pogańskie/neopogańskie. A tak się składa, że dzieło Machena było całkiem wpływowe, jeśli chodzi o horror.

Ale z przyjemnych horrorów musimy teraz przejść do prawdziwych oskarżeń.
W latach 80. w USA zaczęła się panika moralna, zwana również paniką satanistyczną. Wszystko zaczęło się od książki Lawrence'a Pazdera, Michelle Remembers, która opisywała wspomnienia wydarzeń, które pacjentka autora (i później jego żona) Michelle Smith miała przeżyć w czasach dzieciństwa. Miała być ona wykorzystywana w satanistycznych rytuałach, torturowana i wykorzystywana seksualnie.
Ta książka, choć obecnie uznawana za fikcję udającą prawdę, wraz z nastrojami antykultowymi związanymi z głośnymi i niebezpiecznymi sektami, o których głośno było w ciągu ostatnich kilku dekad, stworzyło idealne pole do powstania paniki moralnej. Jak pisze polski religioznawca Piotr Stawiński, sataniści byli oskarżani o:
"mordowanie nieochrzczonych dzieci, molestowanie seksualne w przedszkolach, gwałty, rytualną przemoc wobec dzieci, handel narkotykami, podpalenia, pornografię, porwania ludzi, wandalizm, bezczeszczenie świątyń, wykradanie zwłok, stręczycielstwo dzieci i ich ohydne okaleczanie, ćwiartowanie i składanie w ofierze ludzi i zwierząt."
Oczywiście, tak naprawdę to wszystko się nie działo. Nie mogło się dziać w taki sposób, jak to opisano, bo ofiar byłoby zbyt dużo, by udało się to zachować w tajemnicy do czasu aż Pazder czy inni zaczęli to ujawniać. Zresztą, Pazder i jego żona nie byli jedynymi, którzy opisywali "wyparte wspomnienia" z dzieciństwa. Po Michelle Remembers pojawiło się całkiem sporo innych książek opisujących rzekome okropności, które miały się wydarzać w dzieciństwie, a które, po jakimś czasie, zaczęto uznawać za pamięć fałszywą, wytworzoną w wyniku swoistej konfabulacji mózgu. 
Niestety, na fali tej paniki wiele osób ucierpiało. Niektórzy poszli do więzienia za domniemanie zbrodni.
I można by było poświęcić temu zagadnieniu dużo uwagi socjologicznej i religioznawczej, jednak ja chciałbym się skupić na tym, co to zjawisko dało nam do wyobrażeń kultów w fantastyce. Oprócz oczywiście tego, że z powodu paniki satanistycznej mamy w D&D baatezu i tan'ari, bo twórcy musieli czymś zastąpić (tymczasowo) nazwy diabły i demony.
Chodzi mianowicie o to, że panika satanistyczna powołała do życia koncept zbrodniczego megakultu, niezwykle zorganizowanego, szeroko rozpowszechnionego kultu popełniającego zbrodnie rytualne. Wszakże, choć wcześniej były pogłoski o rytualnych zbrodniach, takich jak akty kanibalizmu i dzieciobójstwa, tak to właśnie w te wydarzenia sprawiają wrażenie najbardziej intruzywnych.
Do tego, nie oszukujmy się, ikonografia z tego okresu jest tą, którą wykorzystuje się najczęściej, gdy mowa o jakimś złym kulcie w fantastyce. Do tego, choć kulty Lovecrafta i jego kręgu również były częścią intruzywną dla świata realistycznego, to właśnie domniemani sataniści zdołali wedrzeć się do świadomości normalnego, nowoczesnego człowieka. Bo, jakby na to patrzeć, intruzywność kultów lovecraftowskich bardziej polega na zmianie porządku świata (dopuszczeniu do siebie istnienia zjawisk spoza konsensusu), a to, co robić mieli tamci sataniści było (by) agresywnym złamaniem porządku społecznego.
A więc prawdopodobnie taki zły kult zostałby wprowadzony do historii poprzez jakieś rytualne morderstwo czy inny, ikonicznie "satanistyczny" akt, niezależnie czy służą Blobglobloggowi, bytowi z odległego wymiaru, czy Norbertowi, specjaliście od opętywania zajęczaków!

A więc, podsumujmy ten (nie)krótki fragment historyczny poprzez wyliczenie, co ciekawego można dać z omawianych tu kultów, pogłosek itd.
  1. Mitraizm: zamknięte społeczności z podziałami na stopnie wtajemniczenia
  2. Religie Lewantu: po prostu kulty demonów (jak widzieli to Żydzi), w tym składanie ofiar z ludzi
  3. Chrześcijaństwo: ukrywanie się po zakamarkach, by uniknąć politycznych nieprzyjemności
  4. Oskarżenia wysuwane w stronę żydów i Romów: porywanie dzieci, kanibalizm itd.
  5. Kataryzm: unicestwienie kultu w wyniku rzezi
  6. "Herezja" Templariuszy: odłam dobrej religii, w którym pojawiają się elementy kultu
  7. Polowania na wiedźmy: kultyści jako coś innego niż zwykli ludzie, a także traktowanie tego kultu jako wroga publicznego numer jeden
  8. Loże masońskie/Illuminaci: międzynarodowa organizacja zrzeszająca elity
  9. Lovecraft: kulty istot, które naprawdę wykraczają poza ludzkie rozumowanie. No i ogólnie, recepta na fantastyczny kult
  10. Wielki bóg Pan: pogańskie bóstwa jako źródło horroru.
  11. Panika satanistyczna: zbrodniczy megakult, który popełnia rytualne zbrodnie mocno burząc porządek społeczny
Oczywiście, nie mówię, że te wszystkie rzeczy wydarzyły się naprawdę (część z nich to oczywista fikcja, a inne to oskarżenia i moralne paniki) ani nie chcę, żeby bagatelizowali cierpienia osób, których życia zostały zniszczone w wyniku licznych pomówień. Po prostu warto na to wszystko spojrzeć jako przykłady, z których możemy czerpać.

Kulty w fantastyce

W fantastyce kulty są całkiem proste do spostrzeżenia.
Typowi kultyści to ludzie w powłóczystych szatach z kapturem (to, czy mają coś pod szatą, zależy od settingu, choć dla komedii często bywają tylko w bokserkach albo i bez nich). Wyznają oni jakiś byt, który można uznać za bóstwo, co może znaczyć naprawdę różne istoty w zależności od settingu. Zazwyczaj jednak to bóstwo nie jest figurą pozytywną, niezależnie, czy mowa tu o prawdziwym bogu, demonie, smoku czy czymkolwiek innym.
Kulty na ogół są czymś podrzędnym względem normalnych religii. Może to wynikać w dużej mierze z tego, że na ogół w świecie dominują religie dobre, a złe kulty muszą się chować po kątach...
Choć tutaj warto zwrócić uwagę na pewne różnice między złymi religiami, a kultami. Na przykład wyznawanie Lolth przez drowy nie przypomina kultu, choć ta pajęczyca nie bez powodu jest władczynią demonów! Tymczasem wyznawcy Martwej Trójcy (Bhaala, Bane'a i Myrkula), Vecny czy Tiamat, a więc innych bogów Zagubionych Krain, często bywają uznawani za kultystów. Różnicą więc byłoby nie tylko to, czy dane bóstwo jest złe, ale także i to, jak bardzo odstające od głównego nurtu jest to wyznanie (a więc też jak bardzo się ukrywa).
Chociaż można by to też częściowo określać na czuja. Bo, przechodząc teraz do Pathfindera, praktykowanie wyznawania Lamasztu moim zdaniem byłoby kultem zarówno, gdy robi to Tsana (która musi się z tym ukrywać), jak i gdy robią to zupełnie tego nie ukrywające gobliny.

Ale pozwólcie teraz, że wymienię kilka wartych uwagi kultów z fantastyki i to, komu one służą:
  • Czarna Zasłona (Dead by Daylight) - Byt
  • jashinizm (Naruto) - Jashin
  • Kabaliści (Magic the Gathering) - Benzenlok
  • kult Absolutu (Baldur's Gate III) - Absolut, czyli tak naprawdę Martwa Trójca
  • Kult Thornu (Halloween 3 i 6) - runa thorn "Þ" 
  • Kult Potępionych (Warcraft 3) - Król Lisz
  • Kult Rakdosa (Magic the Gathering) - Rakdos
  • Kult Rozkoszy (Warhammer Fantasy) - Slaanesh
  • Kult Smoka (D&D) - Tiamat
  • kult Vecny (D&D) - Vecna
  • kult Valgavotha (Magic the Gathering) - Valgavoth
  • Ministerstwo (Wampir: Maskarada) - Set
  • Młot zmierzchu (World of Warcraft) - Starzy Bogowie
  • Synowie Svanira (Guild Wars 2) - Jormag
  • Trybunał Sów (DC Comics) - Barbatos
Oczywiście, niektóre z tych kultów są o tyle ciekawe, że zawierają kult w nazwie i wprost mówią, kogo czczą. Niektóre z nich jednak są mniej oczywiste, na przykład Kult Potępionych, którego mocodawca nie był tak oczywisty dla tych, którzy z nim walczyli. Chyba o tym, że za wszystkim stoi Król Lisz /Ner'zhul, Arthas dowiedział się dopiero na Northrend.

Jak zrobić kult?

Przejdźmy wreszcie do tego, jak tworzyć kulty do fantastyki. W internecie można znaleźć trochę o tym, jednakże wyraźnym problemem jest tu łączenie konceptów, które ja w tym wpisie rozgraniczyłem: kultu i sekty. Oczywiście, tego największym przykładem jest Grungeon Master, który naprawdę chyba celowo ragebaituje swoimi filmami, udając, że nie umie rozróżnić dwóch znaczeń tego samego słowa.
Moim zdaniem dobrze zorganizowany kult można podzielić na 3 aspekty:
  1. Obiekt Kultu
  2. Wyznawców
  3. Praktyki
Zacznijmy może od obiektu kultu. Kim i czym on jest? Czy to bóstwo? A może demon, nieumarły, smok, wróżka czy cokolwiek innego?
Kulty fantastyczne są bowiem pozbawione (albo raczej nie wymagają) charyzmatycznego przywódcy. Wszystko skupia się na obiekcie kultu, który może, ale nie musi działać jak ten charyzmatyczny przywódca. W końcu, w zależności od kultu, obiekt kultu może być kimś, kto aktywnie zachęca członków do podążania za nim, jak i czymś, co zupełnie nie zdaje sobie sprawy z istnienia swoich wyznawców.
Zazwyczaj jednak ten obiekt kultu ma jakąś agendę. Bardzo często chodzi tu o uwolnienie go z jakiegoś więzienia, przywołania go do danego wymiaru itd. Rzadziej chodzi chaos, zniszczenie i grzech.

Następnym apektem są wyznawcy. Kim są i czemu są w tym kulcie? Tym bardziej, jeśli rozumieją, że ich działania nie są dobre i mogą prowadzić do zniszczenia świata... Odpowiedzi na to pytanie jest wiele. I nie, dążenie do zniszczenia świata za obietnicę nagrody, nie jest wcale takie nierealistyczne, jak niektórym może się to wydawać.
Niektórzy chcą potęgi, władzy, pieniędzy... Ci owładnięci pragnieniem władzy już z zasady są gotowi zrobić rzeczy niemoralne, by osiągnąć swoje cele.
Inni chcą wolności. To mi przypomina słowa Czarnego Filipa, które wypowiada do Thomasin: "Czy chcesz żyć przepysznie?".
Czasami kultyści mają możliwość przywrócenia do życia kogoś im bliskiego, co naprawdę sprawia, że będą posłuszni takiemu bóstwu. Bo, w sumie, tak się zastanawiałem wcześniej, czemu niby Briarwoodowie z Legendy Vox Machiny są częścią kultu Vecny. Bo jakoś ta dwójka nie pasuje do kultu nieumarłych, nawet jeśli jedno z nich jest nekromantą, a drugie wampirem. Odpowiedź jest jednak prosta: Vecna dał Delili moc, by wskrzesić jej męża.

Oczywiście, to równie dobrze może być coś podobnego jak dzieje się to w wypadku rzeczywistych sekt: chęć przynależności, która zostaje wykorzystana do omotania członków kultu.
Aczkolwiek taka sytuacja wydaje się rzadsza. Fantastyczne kulty o wiele częściej ukrywają siebie i swoje intencje przed publiką, ale za to są o wiele bardziej szczere w gronie swoich zwolenników. Nie mówię, że kult nie może być jednocześnie sektą, jednak zazwyczaj spotkamy się z osobami, które w najgorszym wypadku kompletnie oszalały od podszeptów Wielkich Pradawnych, ale nie są zmanipulowane.
A jeśli już do manipulacji dochodzi, to najczęściej chodzi tu o zatajenie ostatniej części planu, zazwyczaj tego, że wszyscy umierają.
Och! I jest jeszcze opcja-wytrych: szaleństwo. Tak na przykład mają podobnież działać kulty Demogorgona - pojawia się jakiś posążek, który powoduje szaleństwo i nagle ludzie zaczynają się mordować ku chwale dwugłowego władcy demonów.

No i na koniec należy wspomnieć o praktykach tegoż kultu. Poniekąd są one wypadkową dwóch poprzednich aspektów kultu: tego, czego chce i do czego zmierza obiekt kultu, oraz tego, do czego zdolni są posunąć się wyznawcy. Zazwyczaj sytuacja jest dość prosta: obiekt kultu chce czegoś (zazwyczaj fizycznego dostępu do danego świata), a kultyści chcą to życzenie spełnić. W rzadszych przypadkach chodzi o tworzenie odpowiedniego społeczeństwa, które pasuje danemu "bóstwu", na przykład pełnego rozpusty.
Typowe praktyki to oczywiście morderstwa, składanie ludzi w ofierze, a także praktykowanie nekromancji i/lub goecji (przywoływania demonów), ale to tylko takie pozbawione kontekstu przypadki. Czasami kulty są bardziej brutalne, choć z oczywistych względów rzadko wchodzą w te wszystkie aspekty, o których była mowa w wypadku paniki satanistycznej. Po prostu niektóre rzeczy są zbyt drastyczne.

Następnie można przejść do stylistyki: jakie symbole są wykorzystywane, jakie są znaki rozpoznawcze itd.
Kolejną rzeczą jest to, jak dany kult ma miejsce w społeczeństwie. To może oznaczać zarówno pozycję społeczną członków kultu (niektóre są bardziej związane z nizinami społecznymi, a inne celują w zamożnych), ale także i to, jakie grupy społeczne udało się mu zinfiltrować. 

No i jedyną rzeczą, która pozostaje, to dać temu wszystkiemu jakąś rolę w narracji. Czy członkowie kultu zrobili coś głównemu bohaterowi (np.: zabili mu rodziców)? A może, jako magiczny detektyw, bohater musi rozwiązać zagadkę, na której końcu czeka ten kult?
A może kult okazuje się problemem pobocznym, bo bohater ma na pieńku z kimś innym? A może chodzi o jednego z członków kultu?

Cóż, można podejść do tego na wiele sposobów.
Ale to już chyba na tyle. Ten wpis zajął mi prawie dwa tygodnie, ale mam zapas, więc się nie martwię.
Mam jednak nadzieję, że ten wpis się wam spodobał. Napiszcie komentarz i udostępnijcie tego posta, by mój blog się rozwijał.
Do przeczytania!

Bibliografia:

Komentarze

Popularne posty